cafemrok blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2009

Graham Masterton MANITOU

ISBN: 8371520239
Warszawa : Prima

Rok wydania: 1996

 

Do świata żywych powraca po trzystu
latach duch największego indiańskiego szamana, Misquamacusa, by dokonać zemsty
za dusze swoich braci. Odrodzony w ciele Karen Tandy próbuje sprowadzić z przeciwnej
strony bytu inne demony. Jasnowidz Harry Erskine podejmuje walkę o życie
dziewczyny.

 

Pierwszą książką wydaną przez Mastertona jest właśnie Manitou. To
właśnie tą krótką książeczką nieznany nikomu autor podbił serca czytelników na
całym świecie. Wkrótce stali się przecież jego zagorzałymi fanami czyszcząc
półki księgarń z każdej następnej wydanej pozycji. Co wpłynęło na popularność tej
książki? Przede wszystkim znakomita konstrukcja intrygi, która trzyma w
napięciu do ostatnich stron. Schemat ten jest chyba opus vitae autora, gdyż
wykorzystuje prawie we wszystkich swoich książkach.

Szczerze mówiąc bałem się podejścia do tej recenzji. Ciężko ocenić coś
na co patrzy się przez pryzmat późniejszych osiągnięć autora. Tak jest w istocie.
Bowiem jak na debiut to pozycja wymarzona dla każdego autora. Gdybym nie wiedział
nic o kolejności wydania mógłbym stwierdzić, że była po prostu nudna. Fenomen
Manitou przyniosło zapewne innowacyjne podejście do głównego bohatera. Masterton
zaskoczył czytelnika tym, że można obsadzić typowego cynika, egoistycznego i
aroganckiego lekkoducha jako główną postać w horrorze. Co więcej  poradził sobie z tym zadaniem bardzo dobrze.
Harry Erskine ujmuje swoim poczuciem humoru. Jest tak naturalny i swobodny jak
nic innego z tej książki. To właśnie on nadaje przebiegowi wydarzeń namacalną
realność. „Jak już takiego cwaniaka udało się przekonać do czarów, to musi w
tym coś być
”, zapewne nie jednemu przeszło to przez myśl. Nie jest to pierwszy
tak udany zabieg brytyjskiego pisarza. Przytoczę przykładowo:
Lloyda z
Wyznawców Płomienia, James z Pogromcy Wampirów, czy Decker z Szarego Diabła.

Wspominałem o napięciu budowanym
przez Mastertona. Tak, budowany przez niego schemat, w którym zakochali się
czytelnicy na całym świecie jest tu wyraźnie zarysowany. Choć to debiut
wszystko zachowuje sens, a zdarzenia przebiegają nadzwyczaj spontanicznie.
Masterton nie ma problemów także z opisami wydarzeń. Są treściwe, odpowiednio
przystosowane do akcji. Zupełnie jakby autor miał wieloletnie doświadczenie.
Brytyjczyk przyzwyczaił nas, że nie ma problemów z dialogami. Tak jest też i w
Manitou.

Potwory wykreowane przez pisarza
to zdecydowanie jego atut. Przewracając kolejne strony książki zastanawiałem
się jak można być taką studnią bez dna. Skąd autor czerpie tyle pomysłów na
kolejne nie mniej przerażające monstra? Tyle słysząc o Manitou spodziewałem się,
że tym razem bohater zmierzy się z szczególnie nieprzyjemną postacią. Niestety
tak nie było, bądź opis Misquamacusa, nie oddał w całości jego grozy.

Jakieś minusy? Książka jest
stanowczo za krótka. Poczułem powiew niedosytu. Zupełnie jak po przeczytaniu
Szatańskich Włosów(choć to inna bajka). Masterton wszystko tym razem streszcza
do minimum jakby zamierzał wydać książkę kieszonkową. W końcówce brakuje nawet
czasu na pojawienie się wszystkich potworów. Misquamacus nęka jedynie kilkoma z
nich. Manitou czyta się za to świetnie. Akcja tak wciąga, że jest się w stanie
skończyć książkę bardzo szybko. Dla amatorów grozy książka na początek jak najbardziej
do polecenia.

Śpieszę czym prędzej donieść, iż w sieci pojawił się zwiastun filmu Zejście 2. Data premiery w Polsce nie jest znana.

Dzisiaj króciutko, bo mam trochę pracy. Ostatnio jestem trochę zalatany, więc zwlekam z redakcją recek. Sorki za wszysctko. Już niedługo nadjedą dni tłuste :D. Do przeczytania!

Tym razem przynoszę ze sobą kilka newsów ze świata grozy. Z ciekawszych rzeczy wiemy co nieco o nowych książkach G. Mastertona. Już w tym roku (a konkretniej w jego połowie) fani doczekają się nowej powieści Muzyka z zaświatów. Cykl Wojownicy Nocy zostanie uzupełniony kolejną częścią. Właśnie trwają prace. Roboczy tytuł to The Ninth Nightmare.
Do pobrania z internetu, na oficjalnej stronie Stephena Kinga jest pierwsza część komiksu The Stand: Captain Trips. O tutaj. Nigdy nie byłem szczególnym fanem komiksów (no chyba, że Asterix i Obelix, Kajko i Kokosz, Tytus, Romek i Atomek) więc wstrzymam się od recenzji. Choć rzucają się w oczy dobrze narysowane sceny, które emanuują wręcz grozą.
To tyle na dzisiaj. W przygotowaniu recenzje książek: Ręka Mistrza – Kinga, Manitou, Zemsta Manitou, Bazyliszek i Wybuch – wszystko Mastertona.
Wkrótce się odezwę xD

Stefan
Darda DOM NA WYRĘBACH

wyd. Videograf II
Data wprowadzenia: 30-10-08
ISBN: 978-83-7183-651-0
Stron: 288
Wymiary: 150×210

 

Stefan Darda to postać… cóż,
właściwie zawahałem się co napisać. Niby autor nieznany, w końcu to jego
pierwsze dzieło, ale od niedawna tak o nim głośno, że nie sposób chyba nie
kojarzyć tego nazwiska choćby przez mgłę. Dom na Wyrębach to debiut o jakim
mogą marzyć wszyscy pisarze. Nie każdy miał bowiem przyjemność wysłuchać tylu
miłych recenzji dotyczących pierwszego ze swoich dzieł. Kiedy tylko usłyszałem,
że ktoś miał czelność porównać się do Stephena Kinga pośpieszyłem szybko do
księgarni. Przyznaję, choć z bólem serca, miałem ochotę zmieszać z błotem tego bluźniercę.
Debiutujący pisarz porównywany do mistrza; kto by pomyślał.

Kiedy tylko zobaczyłem okładkę
doznałem dwojakich uczuć. Po pierwsze niechlubny napis na górze trochę mnie
odstraszał, aczkolwiek oko cieszyło opracowanie graficzne ze strony
wydawnictwa. Ukazuje bowiem mroczną postać, kobietę, zmierzającą do domu
oświetlonego światłem świecy. Klimatycznie… A co do samego autora?

Zdziwiłem się. Może to nie wszystko co powinienem napisać na początku,
ale tak było w istocie. Darda całkowicie przekonał mnie swoją prozą, że warto
mu zaufać i dać się wciągnąć w wir fantastycznie wykreowanego świata. Na plus
można książce przypisać akcję rozgrywającą się w Polsce. Ostatnio tak mało mamy
tego typu książek, zwłaszcza w klimacie grozy. Twórcy nie doceniają swojego kraju.
A przecież warto wspomnieć, że nawet zagraniczni autorzy umieszczają wydarzenia
swych powieści w kraju nad Wisłą. Poza tym autor kreuje niezwykle ciekawe, pod
względem psychologicznym postaci. Tym właśnie przypomina Stephena Kinga. Tak
jak u mistrza, postaci – zwłaszcza główny bohater, Marek Leśniewski – mają
interesującą przeszłość, której zbrodnie odznaczają się w aktualnej treści. Nie
tylko. Poza głównym wątkiem powieści, oddają się swoim codziennym zajęciom,
zainteresowaniom. Świetnie, ale zawsze jest ale… Niestety nie przypasowała mi
zupełnie figura Huberta. Hubert to przyjaciel Marka, profesor Uniwersytetu w
Lublinie. Czy takiej postaci nauki wypada kląć jak szewc? Tu autor moim zdaniem
przesadził. Osiągnięcie takiego stanowiska i fakt, że po prostu był dojrzałym
mężczyzną wręcz nakazuje mu, ze nie wypada. To oblicze Huberta wypada kiepsko i
po prostu sztucznie.

Co z grozą w książce? Otóż groza jest, budowana powoli, ale trzyma w
niezwykłym napięciu. Przyznam, że trochę zawiedziony byłem zbyt neutralnym
końcem, ale może rzeczywiście wpływ na to miały dwie pozycje Mastertona przeczytane
przed przystąpieniem do „Domu na Wyrębach”. Książka jednak emanuje szczyptą
dreszczyku i wiedzie w naprawdę tajemniczy świat, który chce się poznać. Tu też
Darda pozostawił kilka niewyjaśnionych kwestii. Na początku myślałem, że celowo
przerzucił je do następnej części przygód Marka Leśniewskiego. Tak czy owak końcówka
jednak zaskoczyła mnie. Choć byłem trochę zawiedziony, uznam ten fakt za
pozytywny. Wreszcie jakiś oryginalny, niebagatelny motyw.

Stefan Darda znakomicie radzi sobie również z opisami przyrody. Wielu z
nas pamięta lektury, którymi katowali nas nauczyciele. Tam opisy te były nudne
i tak zawiłe, że po czasie nawet ci, którzy chcieli je przeczytać nie
wytrzymywali. Jeżeli spotkałbym jednego z tych nielubionych autorów, wręczyłbym
mu książkę o której mowa w dzisiejszej recenzji. Stefan Darda wykorzystuje
prosty język, a ponadto umie zainteresować olśnieniami przyrody. Szczególnie
podobała mi się wyprawa na sejmik żurawi Marka i tajemniczego sąsiada, Jaszczuka.

W końcowych słowach tej recenzji chciałbym podsumować mój stosunek do
autora. Na początku sprzeciwiałem się porównywaniu początkującego do Kinga.
Szybko zauważyłem, że ten zabieg marketingowy wydawnictwa był jak najbardziej
słuszny. Czekam z niecierpliwością na kolejne pozycje. Wszelkich sukcesów panie
Stefanie.

EDEN LAKE

Gatunek: Thriller
Reżyseria: James Watkins
Scenariusz: James Watkins
Obsada:  Kelly Reilly, Michael Fassbender, Jack O’Connell
Rok produkcji: 2008
Produkcja: Wielka Brytania

Eden Lake to jezioro nie przypominające Śniardwy, Bodeńskiego,
czy Genewskiego
. Obiekt ten jest zamknięty dla ludzi. Nie sposób się tam
dostać. No, chyba, że ktoś ma jeepa i nasrane w głowie tak jak młodzież w
dzisiejszych czasach. W istocie właśnie o tym jest mowa w filmie. O młodzieży i
o nasraniu w głowie…

Główną bohaterkę – Jenny poznajemy w miejscu jej pracy, w przedszkolu. Steve’a,
jej chłopaka w samochodzie, kiedy czeka na swą ukochaną. Zamierza zabrać ją na
wspaniałe, trochę szalone wakacje, a w trakcie nich oświadczyć się.

Na początku scenariusz odsłania nam pojedyncze migawki z cyklu jak nie
należy wychowywać dzieci. Niedługo potem Steve i Jenny docierają do miejsca
wypoczynku. Co prawda muszą przedrzeć się przez chaszcze, a do jeziora mają nie
najbliżej Eden Lake prezentuje się wspaniale. Jenny jest trochę zaniepokojona
tym, że wdzierają się na teren na który nie powinni. Jednakże jej spokojna natura,
delikatność oraz wyrozumiałość wobec chłopaka godzą się na taką postać rzeczy.
Steve jest trochę szalony, ale odważny i stanowczy. Już na początku muszę
wydrukować kilka słów komplementu. Postaci bowiem są bardzo dobrze wykreowane. Widz,
aż nie może znieść tego co im się przytrafiło, a było tego nie mało.

Spokojne wakacje na łonie natury psuje bowiem grupka nastolatków.
Niechciani na plaży lokatorzy zachowują się arogancko i bezczelnie. Wszystko zaczęło
się od psa…

Psa, który postraszył Jenny. Steve poszedł zwrócić młodzieży uwagę,
zresztą całkiem kulturalnie. Niestety właśnie rozpoczęła się lawina
nieprzyjemnych wydarzeń.

Lekkomyślne dzieciaki straszą parę, zabierają im samochód… to tylko początek
nieprzyjemnych wydarzeń. W trakcie poszukiwania samochodu dochodzi do groźnego incydentu. Steve zabija psa Bretta, chłopaka, który dowodził
grupką dzieciaków. Od tej pory Steve i Jenny nie zaznają spokoju. Wkrótce
dzieciaki łapią niedoszłego męża i okrutnie kaleczą.

Bardzo dobrze została zrealizowana scena w której każdy z grupki
nastolatków zmuszany jest przez Bretta do dźgnięcia nożem mordercy psa. Być
może dzięki dobrym zdjęciom Christophera Rossa. Niektórzy opierają się, ale
Brett grozi im przekazaniem informacji na policję.

Prawdopodobnie niektórzy z was czytając powyższy skrót mają wrażenie, że to
historia rodem z „Nieznajomych”. Istotnie niektóre elementy przypominają fabułę
tego filmu. Moim zdaniem James Watkins (którego swoją drogą zapamiętałem licho  z „Drogi do nikąd”) poradził sobie tym razem
bardzo dobrze. Może niektórych w filmie irytuje trochę natłok wydarzeń i
scen przemocy w końcówce filmu. Ja, natomiast odebrałem to jako celowy zabieg i
przyznam: udany. Nagle przepiękne krajobrazy, przepiękna Kelly Reilly zostają
zmieszani z błotem. Dobrze zaprezentowała się banda nastolatków. Aż czuje się
ich niepewność i strach przed tym co właśnie robią.

Ogólne wrażenie druzgocze trochę końcówka filmu. Nie tylko tym, że na przestrzeni
godziny widz zdołał polubić główną bohaterkę. Obraz domu dzieciaków
patologicznych jest naciągany i wydaje mi się, że sztuczny. Jak zdołamy się
przekonać nie brakuje im nic. Solidny dom, na ogół zadbany. Może ojciec trochę
popija, ale widać powodzi im się skoro urządzają huczne imprezy dla sąsiadów.

Film porusza wiele wątków, głównie dotyczących współczesnej młodzieży.
Pokazuje do czego może doprowadzić rozprzestrzenianie  i tolerancja dla przemocy i agresji.
Podsumowując, może film nie jest kamieniem milowym w kinematografii, ale gdyby
przyszło mi go uplasować wśród horrorów jakie widziałem znalazłby się wśród
tych lepszych tytułów.

Zachęcam do pobrania nowego Grabarza Polskiego. W nim wiele ciekawych artykułów m.im. relacja ze spotkania ze S. Dardą. Ponadto numer odziany w szaty Crittersów. Ach… aż zebrało mi się na wspomnienia. Muszę odświeżyć ten film. Może wkrótce skrobnę jakąś recenzję.
A propos bloga to już niedługo recenzja Eden Lake i Domu na Wyrębach.


  • RSS