cafemrok blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2009

UNBORN
Gatunek: Horror
Reżyseria: Justin Trefgarne
Scenariusz: David S. Goyer
Obsada: Sacha Billingham, Dan Fredenburgh, Molly Gaisford
Rok produkcji: 2009
Produkcja: USA
Długość: 87 min.

Jumby wants to be born now…

Czytając komentarze dotyczące filmu na niektórych forach miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Większość panów sale kinowe odwiedza jedynie ze względu na zgrabny tyłeczek Odette Yustman. Tak… I to jest właśnie jeden z nielicznych plusów tej produkcji.

Mógłbym w pierwszych słowach dodać: amerykańskiej produkcji, ale zniechęciłbym zapewne czytelników do skończenia czytania recenzji. Film nie jest aż tak typowym ścierwem jak mogłoby się wydawać. Mamy tutaj niewątpliwie typową jednowątkową fabułę. Wątki poboczne wykonane są tak pokracznie, jakby scenarzyście płacono za długość, a nie za jakość. Cieszy muzyka, choć tylko w stopniu umiarkowanym. Podobała mi się na początku filmu i podczas napisów końcowych (w sumie może to jedna i ta sama?). A propos początku filmu… Nie chcę wspominać tu banalnego snu Casey(Odette Yustman), podczas którego goniła wiatr, a dogoniła rękawiczkę; wolę scenę z przeuroczym chłopcem, o imieniu Matty, który świeci lusterkiem na swojego brata, a potem, tym samym narzędziem obija śliczną buźkę bohaterki, która stara się go uspokoić. Scenka klimatyczna. Zapada w pamięć, szczególnie przez dobrą muzykę i stopniowo budowane napięcie.
Niestety im dalej w las tym drzewa gorsze. Film po obiecującym początku zmienił się makabrycznie. Co tu dużo mówić, w typowego amerykańskiego gniota. Zbyt długie dialogi, w których bohaterowie ukazują wymiar swojej bezmyślności przyprawiają o mdłości. Przewlekłe sceny z których nic nie wynika także. Swój udział w znudzeniu widza ma także banalna historyjka o metafizycznej więzi bliźniąt i powiązania m.in. z Holocaustem. Nic w tym jednak zaskakującego, nic przerażającego. Po raz kolejny widzimy stare domy, oszalałe staruszki, kobiety o kruczoczarnych włosach siedzące na wyizolowanym krześle.  Historia przedstawiana jest natomiast tak monotonnie, że miałem ochotę opuścić salę przed końcem. Przedzierając się mozolnie w kierunku ostatniej minuty seansu podtrzymywała mnie nadzieja na całkowity obrót sprawy w scenie finałowej. Miały to być egzorcyzmy, przeprowadzane, według starodawnego obrządku. I tu właśnie pojawia się „ale”.

Ale dlaczego to wszystko zaopatrzone jest w niepotrzebne krzyki, dramatyzm. Za mało tu grozy, za dużo śmiesznych czasami znikanek – pojawianek. Miałem nadzieję zobaczyć dobry fragment, w stylu Emilly Rose, a dostałem górę totalnego bezsensu. Zupełnie nie oddano chrześcijańskiej zadumy i mistycyzmu. Zamiast skupić się na akcji operator zachwycał się architekturą opuszczonego domu, w którym toczyły się egzorcyzmy. Casey uciekając ze swoim chłopakiem łapie akurat za tę kartkę księgi na której znajduje się formuła, umożliwiająca unicestwienie demona. Może nie będę dalej rozpisywał się o śmieszności wydarzeń. Jednymi słowy: totalna klapa.

Panów chcących podziwiać najnowszą kolekcję bielizny zawieszonej na Odette Yustman zapraszam do kin. Reszcie nie polecam, choć właściwie, za totalnym zmieszaniem z błotem pozycji nie jestem. Zupełnie jakby reżyser miał przebłyski geniuszu. Przypomnę raz jeszcze scenę w mrocznym pokoju, w którym Matty przejawia oznaki szaleństwa (opętania). Smakowita. Chyba rzeczywiście przesadziłem z tymi przebłyskami. Po korekcie: przebłysk geniuszu. Bowiem dalej film nudzi. A co jak co, ale horror nudzić nie może!

Fajny short.

Head to love to dobrze zapowiadający się horror na podstawie opowiadania GŁOWA DO KOCHANIA znanych polskich autorów Kazimierza Kyrcza Jr. i Łukasza Śmigla.
Informacje, zwistuny i autorów znajdziecie na stronie headtolove.com . Poniżej plakat. Przyznacie, że klimatyczny…

Dzisiaj przygotowałem trochę nowinek ze świata filmu. Na początek zwiastun dobrze zapowiadającego się filmu Sierota.


Warto wspomnieć, że szykuje się ekranizacja powieści TO (Stephena Kinga). Za projekt wzięła się wytwórnia Warner Bros. Scenarzystą został
Dave Kajganich.
Warto także przejrzeć ciekawy artykuł na blogu niezlekino. Traktuje on o najochydniejszych i najbardziej wstrząsających filmach wszechczasów.

Stephen King
RĘKA MISTRZA


okładka: miękka, 640 stron(y)
 wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI i S-KA, 2008

ISBN: 9788374698368


Świeża powieść grozy Kinga nie jest tak świeża jak mogło by się wydawać. Po przeczytaniu książki miałem wrażenie, że gdzieś już to było. Stephen King wprowadza nas tym razem w świat kaleki, pogodzonego z własnym losem: Edgara Freemantle. Jego byt podzielony był na dwa poważne etapy. Pierwszy z nich, to ustabilizowane życie z kochającą żoną, córkami, obfitującą pracą w przedsiębiorstwie budowlanym. Wszystko to rozprysło się niczym bańka mydlana na wietrze z chwilą przeraźliwego wypadku. Edgar traci rękę, sprawność umysłową, roztrzaskuje biodro… Wkrótce okaże się, że zakończy się pewien etap jego życia. Od tego momentu zdarzenia potoczą się w tempie zawrotnym. Bohater, którego zostawiła żona wyjeżdża do pięknej posiadłości  na malowniczej wyspie. Izoluje się od dawnych przyjaciół, aby zyskać z powrotem równowagę umysłu. Wyjazd wychodzi mu na dobre. Poznaje nowych przyjaciół i  z sukcesami rozwija swą pasję, jaką jest malarstwo. Nie mamy jednak do czynienia z powieścią obyczajową, a horrorem. W związku z tym na wyspie Duma Key zaczynają dziać się niepokojące wydarzenia. Talent Edgara staje się dla niego wielkim brzemieniem, które każe mu po kolei przewracać karty zapisanej przed laty historii.

W trakcie czytania powieści wiele razy miałem okazję, jak to u Kinga bywa stać się rozrywany przez niejednolite emocje. Choć autor specjalizuje się w klimatach grozy, jego książki zawsze cechuje wielowątkowość, a wręcz wielogatunkowość. Może nie będę dalej rozwijał się o umiejętnościach łączenia cech powieści, bo z tym, Stephen King problemu nie ma, i dobrze o tym wszyscy wiemy.

Po raz kolejny autor kreuje wyjątkowo ciekawe postaci. Wykorzystuje także różne sposoby ich prezentacji. Mentalnym doradcą i dobrym duszkiem Edgara, jest w książce niejaki Wireman – służący starszej kobiety, zamieszkującej Dumę Key. Jerome Wireman ma w swojej głowie bogaty zasób różnorakich przysłów i mądrości życiowych, którymi urzeka czytelnika. Brnąc przez fabułę, czytelnik odczuwa coraz większą sympatię do tajemniczego osobnika. Co mi się nie spodobało? To, że historia Wiremana spada na nas jak grom z jasnego nieba. W jednej chwili z człowieka, który raz zamachał do głównego bohatera mamy jego największego przyjaciela. Oczywiście „od razu” u Kinga, jest pojęciem względnym…

Zupełnie inaczej prezentuje się akcja całościowo. King odkrywa przed czytelnikiem stopniowo elementy bardzo wciągającej gry. Intryga trzyma w napięciu do ostatnich stron, jednocześnie zwodząc, naprowadzając i kreując zagadkowy świat.

Wiele razy już Stephen King próbował nas przekonać do wiary w zjawiska paranormalne. Prosił („Marzenia i koszmary”), wyjaśniał („Podpalaczka”), lub po prostu przyjmował je jako fakt. Tak jest właśnie w „Ręce Mistrza”. Niektóre zjawiska są oczywiście dla głównego bohatera niezrozumiałe, ale odrzucając możliwość wybryków wyobraźni przyjmuje jako prawdę. Przyznam, że niektóre z opisanych przez Kinga sytuacji jest w ogóle nie strasznych, a wręcz zabawnych. Zupełnie nie podobała mi się próba ratowania kochanka eksżony Edgara. Kto normalny wydzwaniałby do byłej żony zalecając, iż ma dbać o swojego partnera? Na dodatek nie podając żadnego konkretnego powodu. „Bo tak czuję”. Błagam… bez przesady!

Jedną z głównych wad omawianej powieści grozy jest jej podobieństwo do wcześniejszych książek autora. Chciałoby się zapukać do drzwi twórcy i powiedzieć : Proszę pana, to już było. Ręka mistrza bardzo przypomina mi, chociażby „Worek kości”. Niemniej jednak to powieść dobra, jak na amerykańskiego literata przystało. Wiele osób twierdzi, że po trzydziestu latach pracy powinien dać sobie spokój z dalszą twórczością. Choć „Ręka mistrza” dziełem na długo zapadającym w pamięć nie jest, dowodzi, że Stephen King ma się całkiem dobrze i nie popełnił jeszcze ostatniego zdania…

Na koniec kilka mądrości Wiremana:
- Każde zmartwienie w końcu się zużywa.
- Najpierw boisz się, że umrzesz, a potem, że przeżyjesz.
- Bóg uwielbia niespodzianki.

Nie uwierzycie co znalazłem w sieci… Oto przepis na


KRWAWE ZIEMNIAKI

Polecam naprawdę dobre, choć trochę dużo z nimi roboty. Może nie staną się moim ulubonym daniem, ale od czasu do czasu krwawego ziemniaczka sobie przyrządzę. Wam też polecam :D

Składniki

  • 4 ziemniaki
  • 3 kulki mozzarella
  • Keczup
  • Ustaw piekarnik na 230˚C

Przepis o mrożącym krew w żyłach tytule.

Etapy przygotowania

Podziuraw ziemniaki widelcem i włóż je do piekarnika, prosto
na kratkę na 1h do 1,5h w zależności od wielkości ziemniaków. Wyciągnij ziemniaki i pozostaw do ostygnięcia. Ostrożnie przekrój je na
pół i łyżką wyciągnij ze środka „miąższ”, zostawiając skórki. Do miski z wnętrznościami ziemniaka wrzuć pokrojoną mozzarellę i dodaj
2 łyżki stołowe keczupu. Pomieszaj widelcem i włóż z powrotem do skórek. Polej ziemniaka jeszcze raz keczupem i włóż do pieca na jakieś 15min, przez ten czas ser się rozpuści, a ziemniaki podgrzeją.

z portalu: MOJEGOTOWANIE.PL

Na recenzje nie mam za bardzo teraz czasu, choć może niedługo wrzucę już zależaną DUMA KEY. Trochę mnie nie było a za ten czas trochę czytałem sobie. Skoro nie będę w stanie nic dłużej opisać po krótce przedstawię co sądzę o paru pozycjach.

- Graham Masterton „Wybuch” – thriller brytyjskiego mistrza horroru tym razem napisay w innym stylu. Oczywiście nadal mamy tu przybitą pieczątkę z autorskim humorem, erotyzmem, nieobliczalnością. W „Wybuchu” Masterton porusza tematykę terroryzmu, telewizji, dręczonych dzieci. Całość podana w przystępnej formie, choć postać głównego bohatera ani nie wzrusza, ani nie bawi. Nudny.
- Graham Masterton „Zemsta Manitou” – kontynuacja debiutanckiej powieści autora. Tym razem zminimalizowana zostaje rola niezwykle charyzmatycznego jasnowidza Harry’ego. Tym razem Misquamacus jako swą ofiarę wybiera nie amerykańską niewiastę, a potomka znanego kowboja. Dziwi rezygnacja z narracji pierwszoosobowej. Mnogość potworów cieszy, brak Harrego mniej.
- Stephen King „Worek Kości” to już moje drugie podejście do tej książki Kinga. Czytałem kilka recenzji, które nie pozostawiły za tę powieść na autorze suchej nitki. Mi się podobała. Momentami wydaje się trochę babska i bardziej przypomina romans, niż horror. Dla mnie było to ciekawe rozwiązanie i, co najważniejsze, autor wybrnął z niego jak mógł najlepiej.

Teraz chwyciłem w me szpony ”Podpalaczkę” Kinga i jakiś kryminał polskiej autorki: Adrianny Ewy Stawskiej. Zobaczymy co lepsze. Przy okazji zapraszam do pobierania nowego numeru Grabarza Polskiego. Szczególnie interesująca jest w nim recezja Nosferatu i opowiadanie ze zbioru Sępy. Polecam.

P.S. A tutaj obczajcie sobie fajowski plakat filmu ”Udręczeni”.


  • RSS