cafemrok blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2009

Oto zwiastun hiszpańskiego Hierro. W roli głównej Elena Anaya. Znam panienkę z ‚Van Helsinga’ – wygląda ładnie, ale nic ponadto.

Warto odwiedzić nową Horrormanię. Twórcy zmienili wygląd serwisu i teraz prezentuje się naprawdę odlotowo. Jeszcze kilka miesięcy temu nie dorastała Arenie i HO do pięt. Wygląda na to, że wyrasta im potężny konkurent. Polecam.


Gatunek:
Katastroficzny
Reżyseria: Roland Emmerich
Scenariusz: Roland Emmerich, Harald Kloser;
Obsada: John Cusack , Amanda Peet ;
Rok produkcji: 2009
Produkcja: Kanada, USA


Wszyscy ostatnio wypisują w Internecie, jaki to typowy film stworzył Roland Emmerich. Nie można zaprzeczyć, niemiecki reżyser przypiął sobie markę speca od zagłady. Okazuje się, że dalej potwierdza swoją pozycję. Czy, jednak, tego oczekują widzowie? Kolejnej podróży po utartych koleinach kina katastroficznego?

Od razu zastrzegę, że film może być oglądany tylko w kinach, gdyż (przypuszczam, co prawda) nawet na dobrym kinie domowym nie odczujemy prawdziwej  atmosfery zagłady. Fabuła przedstawia się klasycznie. Zaraz, zaraz… Ale czy fabuła jest, tak naprawdę, ważna? Przyjrzyjmy się jednemu z pierwszych zdań opisujących film przez dystrybutora. Obraz ten to wielkie widowisko ze wspaniałymi efektami specjalnymi, błyskotliwym montażem i akcją trzymającą w napięciu od pierwszych chwil. Chyba o to właśnie chodzi. O demolkę, efekty specjalne i zrobienie jak największego BUM!

Na czymś cała rozwałka musi się opierać. Tym razem, przez apokalipsę poprowadzi nas Jackson Curtis. Słabo znany pisarz, rozwiedziony i utrzymujący chłodne stosunki z dziećmi. Początkowo, będzie próbował ocalić jedynie własną rodzinę, ale wkrótce stanie się jedną z najważniejszych osób na planecie. Gdzieś w tle latają jacyś politycy, naukowcy i szaleńcy. A katastrofa? Związana jest z przepowiednią Majów – przy okazji, według mnie, twórcy powinni bardziej zgłębić ten temat. Silna aktywność Słoneczna powoduje zmiany w strukturze Ziemi.

BUM! było. Większość recenzentów uważa nawet, że Emmerich doprowadził do końca erę filmów katastroficznych. Zapomnieli chyba, że pozostał do wysadzenia Mars, Układ Słoneczny i Droga Mleczna. Wracając jednak do efektów specjalnych, to w moim mniemaniu były takie nijakie. Niby fajne, ale większość mogłem zobaczyć w zwiastunie.

Pseudo-politycznej paplaniny było za to trochę mniej, co się twórcom chwali. Niestety, nie udało im się utrzymać napięcia przez cały film i musiałem niespokojnie wiercić się w fotelu. Nie pomogły nawet żarty (kiepskie), czułości (drętwe), czy piękne bohaterki (eee…).

Myślałem, że po obejrzeniu 2012 będę uodporniony na każdą klęskę. Z całej historii można wyciągnąć jeden wniosek: aby przeżyć musisz mieć szczęście. Byłbym zapomniał, warto też rozprawiać o dupie Maryni podczas sytuacji impasowych. Przy tym, należy kłócić się nieustannie, a przede wszystkim brawurowo wykonywać najniebezpieczniejsze piruety samochodem. Nie wiem, czy odebraliście powyższy akapit na serio. Jeśli tak, to zupełnie się nie zrozumieliśmy. Sposoby wybrnięcia z pułapek czyhających na bohaterów są tak infantylne, że wywołują uśmiech politowania.

Czytając recenzje 2012, zauważyłem, że ich autorzy godzą się z takim stanem rzeczy. Wypowiedzi typu: „spodziewałem się, że to tylko rozwałka bez krzty sensu” zupełnie do mnie nie trafiają. Widziałem kilka poprzednich obrazów Emmericha i widać wyraźnie, że koleś się nie rozwija. Z całym szacunkiem, ale nie można nagradzać go za to oklaskami. Poniekąd czuję się oszukany, bo większość efektów widziałem na zwiastunie, fabuły (?) każdy mógł się domyślić i tyle… Twórcom nie chciało się zrobić kroku naprzód. Bazowali na schematach z których zbudowali kolejny film. Dlatego 2012 trafia na półkę „niepolecanych”.

P.S. Jeżeli ktoś uprze się na pójście do kina, niech kupi dwie duże paczki popcornu. Jedna to za mało, a czasem trzeba się czymś zająć.

Ostatnia część najsłynniejszej sagi Mastertonowskiej: „Manitou„.Możecie przeczytać sześć pierwszych rozdziałów (po angielsku). Polecam, bo warto. Nie jestem zorientowany, co do polskiej premiery. Jak ktoś jest, to niech da znak.

Szort wyreżyserowany przez Jérémiego Clapina. Powstał w 2008 roku. Może obraz nie aż tak straszny, co poruszający. Mnie się bardzo podobał, a Wam?



Uśniemy, przerazimy się, czy pośmiejemy?

Niemałym echem, w polskim horrorowym światku, odbiła się premiera „Lśnienia” – nowego magazynu grozy. Nie mogłem pozostać bierny i z niemałą przyjemnością sięgnąłem po to kolorowe czasopismo. Zaczęło się mocno – bo od porządnego zestawienia najboleśniejszych scen w filmach torture porn. Wydawałoby się, że spis zdominują Piła  oraz  Hostel i… tak jest w istocie! Smaczku dodają pikantne zdjęcia, choć niektóre w fatalnej jakości.

Kolejny artykuł został poświęcony jednej z najbardziej kontrowersyjnych serii na świecie – Pile! (Co ciekawe temat ten zostanie poruszony niedługo w Grabarzu Polskim). I tak jak w filmie zaczyna się ciekawie, by z potem z psychoanalitycznej pogadanki uczynić nudny bełkot.

Z muzyką grozy nie jestem szczególnie związany. Jednak posiadam w domu dwie płyty The Cure i zupełnie nie rozumiałem, czemu zostali powiązani z tą tematyką. Autor przekonał mnie – sprawnie opisał dzieje zespołu i ich twórczość. Drugi artykuł spod znaku „Muzyki” traktował o mhrrrocznych koncertach. Nic specjalnego.

„Lśnienie” całkiem poważnie traktuje temat gier komputerowych. To też nie moja działka, ale całość została opisana krótko i treściwie. Jedyny artykuł, który nie przypadł mi do gustu to „Gry grozy…” Ewy Rogalskiej. Wyglądał jak typowa zapchajdziura w Fakcie. Temat został potraktowany po macoszemu i odniosłem wrażenie, że autorka wie mniej ode mnie.

Dział „Metamorfozy Grozy” wzbudził u mnie uśmiech litości. Poczułem się jak dzieciak kupujący gazetę o Power – Rangers. Mimo tego, że dzieło Zofii Gluzińskiej prezentuje się okazale, zupełnie nie pasuje do charakteru pisma. Przecież nikt nie będzie się malował, jak kretyn (ej, bo wy nie, prawda?).

Komiks był za krótki, żeby go oceniać.

Seria czarno-białych artykułów prezentuje się niezgorzej od ich kolorowego bractwa. Świetny był „Wywiad z egzorcystą” i „Co straszy w Japonii?”. Gorzej czytało mi się nużący „Zbrodnicza płeć”. Felietony Paszylika i Orbitowskiego stoją na wysokim poziomie.

Czy warto kupić? Według mnie tak… Jeżeli to była tylko rozgrzewka, aż strach/przyjemnie pomyśleć co jeszcze nas czeka.

Czyli Uwe Bolla wizja końca świata. Ej, chyba nie jest tak źle?


  • RSS