cafemrok blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2010

Wydawnictwo: Wyd. Literackie
ISBN:978-83-08-04306-6

Liczba stron:
300


Ostatnio cenione są polskie horrory i za sam fakt umiejscowienia pozycji grozy w rodzimym kraju przypisuje się im łatkę: znakomite. Jednak mamy teraz niemały wybór jeżeli chodzi o tę szufladę i możemy trochę pobrzebierać. Łukasz Orbitowski, którego ostatnio wziąłem pod lupę, od zawsze tworzył w scenerii polskiej, a na dodatek z wyczuciem. Uwypuklał Nasze przywary umiejętnie w rytmie horrorowego pulp. I robi to nadal!

Najnowsza pozycja z fabryki Orbitowskiego opowiada o tajemniczej wrocławskiej dzielnicy, w której dzieją się rzeczy niesamowite. Bo czymże są czarne ściany, widoczne po zerwaniu tapety? Dlaczego ludzie, którzy raz zetknęli się z budynkiem nie chcą go opuścić? Wrocław szaleje, nie tylko przez „świętą dzielnicę”, ale deszcze i apokaliptyczne wizje schorowanego młodzieńca. Co z tego wyniknie? „Wszyscy wiedzą (…). Nie wie nikt.”

Galeria postaci, jaką zaserwował nam autor jest naprawdę imponująca. Kogo tu nie mamy? Dziewczyna, wiecznie zakochana, choć nielubiana w szkole, jej ojciec – dentysta, mający specyficzny humor, czy wreszcie dwie „słodkie idiotki”. Szkoda tylko, że poza przedstawieniem postaci, Orbitowski nie daje im szans się wykazać. Przynajmniej nie wszystkim. Większość wątków otacza aura tajemniczości, a potencjał stworzony na początku książki można by ciekawie rozwinąć. To z pewnością martwi.

Na nudę jednak nie ma czasu. Wartka akcja umila nam czas, ale momentami też wydaje się bezcelowa. „Święty Wrocław” posiada bowiem wszystkie elementy dobrej pozycji grozy, ale każdy tylko po trochu.

Błędów nie dostrzegłem zbyt wielu, bo też kwieciste i zabawne porównania szybko pozwalają o nich zapomnieć. Pisarz operuje sprawnie językiem, w końcu „terminował u fantastów”. Nie jest już także początkującym, a każda jego kolejna powieść wzbudza sporo emocji. I mam wrażenie, że (niestety, tym razem) z „Świętym Wrocławiem” jest jak nowym gadżetem Apple. Początkowo zachwyca, ale szybko się nudzi.

Zakończenie nie spełniło moich oczekiwań. Niby było ono mistyczne i z pompą, ale jakoś zaburzyło klimat stworzony na przestrzeni dwustu dziewięćdziesięciu poprzednich stron. Książkę polecę z chęcią, bo to z pewnością interesujące doświadczenie, jednakże ci, którzy szukają prawdziwego przestrachu niech sięgną raczej po „Dziecko Rosemary”.

Szukałem informacji o nowym Hellraiserze i znalazłem w sieci coś fajnego. Oto najlepsze cytaty z dialogów Pinheada. Warto zobaczyć, ja ubaw miałem niezły, choć oglądając film w ciemnym pomieszczeniu to niekoniecznie.

Kilka filmików z kontynuacji serii z Panią Jovovich.


Cóż… Mają je wszyscy, mamy i my. Otóż host na którym mieliśmy cafemrokowe obrazki zakończył działalność. Robiłem kopie zapasowe – nie mówcie, że nie! Niestety, do ostatniej wkradł się błąd i nie mogę jej otworzyć. Na razie walczę z administracją hosta o oddanie mi obrazków, a jak nie będę musiał wszystko robić ręcznie. Do tego czasu nie będzie publikacji. Ale już wiele notek czeka na swoją premierę. Więc czuwajcie i odwiedzajcie nas!

Miasteczko Riverton. W noc śmierci seryjnego mordercy rodzi się siedmioro dzieci. Po szesnastu latach znalazł sposób by się do nich dobrać.
Czyli Wes Craven monotematycznie o snach…


Gatunek:
 Slasher
Reżyseria: Dave Parker
Scenariusz: David J. Schow, John Dombrow;
Obsada: Tad Hilgenbrink, Sophie Monk
Rok produkcji: 2009
Produkcja: USA


Krzyk” Wesa Cravena osiągnął sukces dlatego, że fabuła filmu umiejętnie pokpiwała sobie z horrorowych schematów utartych na przestrzeni ostatnich lat. W scenariuszu „Krwawych wzgórz” też znajdziemy kilka dialogów obnażających wyeksploatowany dział slasherów. Co jednak, gdy potem bez najmniejszych skrupułów dostarcza się tej samej głupiutkiej rozrywki z której się drwiło? Cóż… na pewno nie można liczyć na uznanie.

A nie jest to jedyny czynnik, który pogrąża film Dave Parkera. Historia też jest prosta jak diabli, a na dodatek pełno w niej przypadkowych przypadków i niesamowitych niesamowitości; aż chce się z tego śmiać. „The Hills Run Red” (ang. tytuł) to zaginiony film ekscentrycznego reżysera, który był podobno tak krwawy, że nie chciano go w żadnym kinie. Pozostał po nim tylko kilkudziesięciu sekundowy zwiastun. Grupa nastolatków z Tylerem na czele odnajduje córkę Wilsona Wyler Concannona – twórcy wspomnianego slashera. Razem organizują wyprawę do miejsca, gdzie kręcony był film. Jak można się domyśleć podróż nie kończy się sukcesem.

Tadowi Hilgenbrinkowi może starcza talentu by odegrać przygłupa w American Pie 4. Nie nadaje się natomiast do horroru. Żadnego. Z jego przerysowanymi minami i wygłupami wszystko naprawdę nabiera karykaturalnych kształtów.  Nie popisała się też Sophie Monk, grająca córkę reżysera. Do niej jednak trudno mieć zarzuty, bowiem od razu widać, że do obsady została wpisana by wyglądać, a nie grać.

Co na plus? Niewiele, a to co jest można zobaczyć w każdym innym filmie tego typu. Dużo scen gore, ale i tak mało pomysłowych, trochę nagości i momentami fajna muzyka (szczególnie kołysanka Babyface’a). I chyba tyle. Nie ma co się rozpisywać, bo nie ma o czym. Mam wrażenie, że i tak za dużo miejsca poświęciłem tej produkcji. Dzięki temu będziecie mogli uniknąć tego błędu, co ja.

Dzisiaj kino cafemrok na szybko, ale za to coś specjalnego. Zapraszam do obejrzenia interaktywnego filmu o… zombie! To wy decydujecie o losie głównego bohatera! Dajcie się wciągnąć w wir wydarzeń.

Dopiero przed chwilą filmik ten podesłał mi kolega. Niby mała rzecz a cieszy… szkoda, że przygoda była tak krótka i nie za wiele mieliśmy wyboru, ale zawsze jest to krok w przód i coś nowego.


  • RSS