cafemrok blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2010


Gatunek:
Slasher
Reżyseria: John Carpenter;
Rob Zombie ;
Scenariusz: Jacob Forman, Debra Hill; Rob Zombie ;
Obsada: Jamie Lee Curtis, Tony Moran; Tyler Mane, Scout Taylor-Compton
Rok produkcji: 1978; 2007;
Produkcja: USA

Halloween nie trzeba nikomu przedstawiać. To film, który na trwałe zapadł w pamięci wszystkim miłośnikom slasherów i ogólnie pojętego kina grozy. Przypomnieć młodszym widzom, tę ponurą historię postanowił Rob Zombie, twórca świetnych Bękartów diabła i Domu tysiąca trupów. Przyszło mu się zatem zmierzyć z jedną z największych legend sceny grozy. Można było porównać te dzieła na gorąco, w kinie w 2007 roku. Korzystając z Halloween postanowiłem odświeżyć nieco swoje wrażenia.

A zacząć pasowałoby tak: Rob Zombie od razu skazany był na niepowodzenie. John Carpenter świetnie wyczuł widza (nie tylko ówczesnego, film straszy do dziś). Sceny zaprojektowane są niezwykle przemyślanie i naprawdę trzymają w napięciu. Zombie chyba także chciał coś uszczknąć z jego warsztatu, bo początek zapowiada się naprawdę obiecująco. Nie tylko pod względem efekciarskim, ale także dzięki scenariuszowi. Dla nieuświadomionych przypominam historię.

Mały chłopiec, Michael Myers w brutalny sposób morduje swoją siostrę. Trafia do zakładu dla umysłowo chorych, gdzie spędza wiele lat. Pewnego dnia ucieka stamtąd mając w pamięci wydarzenia z przeszłości. Chce dopaść swoją ostatnią ofiarę – Laurie.

Początki filmów są różne, ale oba dotykają dzieciństwa chłopca. U Carpentera zaczyna się od „trzęsienia ziemi” – mamy przejmującą scenę (kamera w narracji pierwszoosobowej) zabójstwa młodej dziewczyny. Szokiem dla widza jest, gdy odkrywa, że wyrafinowanym mordercą był sześcioletni chłopiec. Zombie wprowadza nas w historię Myersa stopniowo i chwała mu za to. Naprawdę fajne, świeże spojrzenie. Pierwsze kilka minut oglądało się z prawdziwym przejęciem, obserwując zmiany w psychice chłopca. Potem dochodzi do wspomnianego morderstwa i BUM! Podczas, gdy u Carpentera film dopiero się zaczyna, można powiedzieć, że u Zombiego się skończył.

W starszej wersji historii nieletniego zabójcy możemy dostrzec dbałość o utrzymanie napięcia i staranną konstrukcję. Rob Zombie układa swój film bardzo chaotycznie, co może nużyć. Ponadto nie stara się stworzyć onirycznego klimatu paniki, tylko od razu wrzuca widza do worka pełnego krwi i wnętrzności. Jednak to, co zgrywało się w Bękartach diabła, nie daje rady w Halloween.

Innym problemem nowej wersji filmu jest dobór aktorów. Carpenter pracował na znacznie lepszym materiale, co widać szczególnie po roli Jamie Lee Curtis. Aktorka na swój tytuł „królowej krzyku” zasłużyła także tą rolą. Ciekawa może być także analiza dwóch wcieleń Dr Loomiesa: Donalda Pleasenca i Malcolma McDowella. Inny był aktor, ale inna też specyfika roli. O ile ten pierwszy pojawiał się rzadko, to drugi miał wiele do powiedzenia. A lepiej znów wypadło dzieło Carpentera. McDowell rzuca pustymi frazesami i zachowuje się jak opętaniec, choć to i tak jedna z jego najlepszych ról od dawien dawna.

Nie można pominąć także zjawiskowej ścieżki dźwiękowej Carpentera, która już na stałe wpisała się w historię muzyki filmowej. U Roba Zombiego, który też jest muzykiem, o ten element zadbał Tyler Bates i mimo braku spektakularnego sukcesu udało mu się wyjść z twarzą.

Podsumowując, Halloween z 2007 roku uważam za niepotrzebne odgrzebywanie dobrego materiału. Miało być pięknie, a wyszło, jak zwykle – po hollywoodzku (czyt. po najmniejszej linii oporu). W pamięci pozostanie mi tylko pierwsza część oryginalnej serii. Bo sequele to już odrębna historia

Zwiastunki: Sanctum

Brak komentarzy
Wyreżyserowany przez Alistera Griersona, producentem jest zaś niejaki James Cameron. Film opowiada historię o nurkach badających jaskinie. Okaże się, że będą musieli walczyć o życie, gdyż wpadają w serce tropikalnego sztormu.

Świetny szort Grega Nicotero. Fabuła w sumie prosta, bo sprowadza się do pytania: A co by było, gdyby potwory znane z hollywoodzkich produkcji istniały naprawdę? Warto poznać odpowiedź. Polecam tym bardziej, że tyle gwiazd w żadnym filmiku na CM nie gościło: Robert Rodriguez, Eli Roth,  czy Frank Darabont.

A jak nie chodzi to kliknąć TU!

Tym razem za egzorcyzmy wziął się Anthony Hopkins. Szkoda tylko, że ten aktor już się kończy… choć horror mu sprzyja.

Wydawnictwo: Albatros
ISBN:978-83-7659-047-9

Liczba stron:
300


Manitou – premiera tej książki odbyła się w 1975 roku i rozpoczęła błyskotliwą karierę pisarską Grahama Mastertona. Autor dzięki oryginalnemu schematowi, nieprzyzwoitym scenom seksu i gore, a także charakterystycznemu humorowi wyrobił sobie dobrze rozpoznawalną markę. Od tej pory wydał mnóstwo powieści i każda ma w sobie coś z Manitou. Na ostateczne pożegnanie z serią autor zdecydował się dopiero teraz i zaserwował nam swoje najnowsze działo Armagedon.

A dzieje się w nim wiele. Prezydent USA traci wzrok w niewyjaśnionych okolicznościach, ślepną także piloci samolotu pasażerskiego, na autostradach dochodzi do przeraźliwych karamboli. Zaczyna się prawdziwa masakra, a jej źródło będzie próbował odkryć znany nam Harry Erskine. Jasnowidz wygrzewał się dotychczas na plaży i wciskał kity zamożnym staruszkom, takim jak pani Zlotorynski. Sielankę przerywa telefon od (znanej fanom serii) Amelii Carlsson, której siostra także straciła wzrok. Bohaterowie obawiają się najgorszego – powrotu Misquamacusa.

Masterton jaki jest każdy czytelnik widzi. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale zawsze trzyma odpowiedni dla siebie poziom. W Armagedonie kontynuuje tę tradycję. Zachowuje charakterystyczny styl i dalej przeraża brutalnością opisywanych scen. Mamy nagromadzenie wątków paranormalnych, których wyjaśnienie czasem nie zaspokaja, lecz w opisywanej pozycji jest wystarczające.

Cieszy fakt, że możemy spotkać niemal wszystkich bohaterów z poprzednich części serii. Co prawda, spodziewałem się trochę większego udziału Śpiewającej Skały, ale sceny z nim w roli głównej są jednymi z lepszych w powieści. Po raz kolejny Masterton udowodnił, że umie budować napięcie, jak nikt inny. I choć motywacja spotkania wszystkich postaci w jednym miejscu jest trochę naciągana, każda historia wnosi coś interesującego.

Pożegnań nie lubi nikt, a jak już mówić „do widzenia” to z pompą. Niestety tej zasady nie udało się Brytyjczykowi wprawić w życie. O ile przez całą powieść mamy do czynienia z wielkim hukiem i wrzaskiem, o tyle zakończenie nie spełnia oczekiwań. No nie do końca. Postać Olbrzyma Grzmotu wykreowana niezwykle oryginalnie, lecz jej potencjał nie został wykorzystany. Brytyjczyk tworzył już lepsze masakry. Mimo wszystko serią udało się Mastertonowi pożegnać należycie. Lektura obowiązkowa dla fanów Harry’ego Erskine’a.

Wszystko się kiedyś kończy. Tak jak i cykl:

CHORE OBRAZKI

 

Na pocieszenie będzieci mogli przeczytać aż trzy szorty! Cykl czytelnia CM będzie nadal aktualizowany. Jego fanów zapraszam do częstego sprawdzania bloga. Z Rafałem Kuletą już się żegnamy. Za wszystkie szorty dziękujemy!

Dzisiaj jak kiedyś

Kupił pieska, by się nim opiekować. Chciał zadośćuczynić za fakt, że kiedyś nie potrafił należycie zaopiekować się swoją własną rodziną.
Miękka sierść była jak puchowy dywanik, który gołe stopy uwielbiały. Spróbował. Spod dywanika trysnęło kolorami. Zrobiło się nieprzyjemnie mokro.
Kupił króliczka. Zwierzątko było tak słodkie, że nie mógł się powstrzymać przed polizaniem, ugryzieniem i… zagryzieniem. Kiedyś jego żona była równie słodka. Landrynkowo lepka…
Kupił rybkę. Mieniła się żywymi, bajecznymi kolorami. Najlepiej wyglądała w słońcu. Kiedy się opalał, rybka się ugotowała. Kiedyś w podobny sposób zostawił niemowlę, tyle że w garnku na gazie.
Rybka mu nawet smakowała. Tak jak kiedyś dziecko.


(Bez)pański kundel

Widziałem bezpańskiego kundla. Pałętał się bez celu. Ktoś go kopnął, inny opluł, jeszcze inny poczęstował trucizną.
Wychorował się, jeszcze bardziej schudł. Włóczył nogami jak pół-umarlak.
Zlitowałem się nad przybłędą. Zacząłem go dokarmiać. Przy śmietniku znalazłem małe kociska. Idealnie się nadawały. Pies przybierał na wadze. Nabrał apetytu. Był nienasycony, więc dogadzałem mu jak mogłem. Po wizycie na placu zabaw jeszcze bardziej przytył.
Doszedłem do wniosku, że wreszcie nadszedł czas, by zabrać go do domu.
Zaprowadziłem psiaka do mieszkania. Całą drogę merdał ogonem. Szczęśliwy.
Patrzył błagalnie, jak człowiek. Zapewniłem, że go nie zwrócę. Żułem powoli. Pies już nie był bezpański. Był mój.

Złośliwość

Wsiadł do autobusu. Wyjął książkę. Taka stara moherówa obok rozłożyła gazetę na całą szerokość, złośliwie zasłaniając mu kartki. Spojrzał w jej popękaną facjatę. Żadnej reakcji. Wysunął książkę spod gazety i czytał dalej. Starą jakby coś trafiło. Jeszcze raz zasłoniła jego książkę gazetą.
Chciał już coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Schował książkę do walizki. Kątem oka obserwował, jak stara cieszy ryło. Zasłoniła gazetą jego walizkę.
Na to tylko czekał.
Z kieszeni marynarki dyskretnie wyjął zapalniczkę.
Podpalił gazetę i wstał z miejsca.
Płomienie objęły staruszkę, która wybuchła histerycznym, dzikim rechotem.
Zerwała się. Skoczyła na niego i mocno objęła.
Nie był jedyną ofiarą.

Rafał Kuleta

(Tekst jest całkowitą właśnością autora. Nie może on być kopiowany i rozpowszechniany bez jego wiedzy.)

Amerykańska wersja świetnego horroru szwedzkiego. Wacham się czy obejrzęć – nie chcę sobie zepsuć dobrego wrażenia pozostawionego przez pierwowzór (recenzja Tu!).
Trzeba jednak przyznać, że w ojczyźnie hamburgera podeszli do tematu poważnie. Reżyserem jest Matt Reeves (odpowiedzialny za dobry Projekt: Monster), a w jednej z ról głównych genialna nastolatka Chloe Moretz (kto nie widział Kick-Ass niech żałuje!).

CHORE OBRAZKI

Spadochron

Był jak w transie. Nic nie dorównywało uczuciu szybowania. Długie skrzydła łagodnie muskały powietrze, unosząc pilota i jego marzenia.
    Za niecałe pół godziny skończy się to euforyczne szczęście i będzie musiał wylądować.
    Szybowcem szarpnęło. Co jest? Prognoza pogody na najbliższe dwie godziny nie uwzględniała… Ponowne szarpnięcie gwałtownie przerwało myśl. Ale przecież jest bezwietrznie!
    Nieznana siła wyraźnie ciągnęła szybowiec w dół. Nie pomogły umiejętności. Nieposłuszna maszyna szybko pikowała.
    Pilot wyskoczył i pociągnął linkę spadochronu… którego nie miał.
    Na szczęście to mu się tylko śniło.

    Huk wyrwał żonę ze snu. Na dziwnym spadochronie wynurzającym się z sufitu wisiał mąż otoczony chmurą krwi.

Jakiś problem?

    Maciej tak się spieszył, że mało brakowało, a nie wziąłby teczki z najważniejszymi dokumentami.
    Dosłownie wyfrunął z domu. Każdy dzień zaczynał się od takiej samej sraczki. Nie mógł się doczekać urlopu.
    Jakiś dziadek bawił się przed blokiem śnieżkami. Ten to ma dobrze.
    Maciej minął emeryta i wtedy dostał śnieżką w głowę. Obrócił się. Dziadek się nie odzywał. W chłopaku się zagotowało. Codziennie zapierdala, ledwo zipie, a tu taki stary, rachityczny mądzioł rzuca w niego śnieżkami?
    – Jakiś problem? – podszedł nabuzowany.
    W tej samej chwili na Macieja rzucił się amstaf, którego emeryt wyprowadzał bez kagańca. Pies w mgnieniu oka strzaskał chłopakowi grdykę.

Rafał Kuleta

(Tekst jest całkowitą właśnością autora. Nie może on być kopiowany i rozpowszechniany bez jego wiedzy.)


Gatunek:
Slasher
Reżyseria: Jonathan Levine ;
Scenariusz: Jacob Forman;
Obsada: Amber Heard, Whitney Able, Anson Mount
, Michael Welch
;
Rok produkcji: 2006;
Produkcja: USA


Chciałoby się dodać „kocham i ja!”, a czemu, tego dowiecie się w dalszej części recenzji. Na razie streszczenie fabuły.
Mandy Lane – jedna z najpiękniejszych dziewczyn w szkole, a jednak spośród nich się wyróżniająca. Oto łup niezdobyty przez nikogo, węzeł gordyjski, którego nikt nie potrafi przeciąć. Słowem, jedna z najbardziej niedostępnych kobiet, które kuszą i rozniecają zmysły, ale są jakby za murem. Banda przygłupów postanawia rozerwać naszą bohaterkę i zaprasza ją na opustoszałe ranczo w celu uwiedzenia ślicznotki. Nie wszystko idzie jednak gładko. Pojawia się morderca, który delikatny nie jest

Zaczyna się od trzęsienia ziemi, a raczej oryginalnego skoku do wody. Od razu spodobało mi się, że horror (wyglądający jak zapychacz telewizyjnej ramówki) zaczyna się nie od pustego morderstwa, a naprawdę ciekawej konfrontacji psychologicznej. Dalej jest już trochę gorzej, bo scenarzysta zapędził się w morze schematów. Za to możemy podziwiać z wywieszonym jęzorem piękną Amber Heard w roli tytułowej.

Aktorsko jest nieźle, choć mogło być lepiej. Scenariuszowo postaci są zarysowane przejrzyście i nie ma wątpliwości kogo lubić, a z kogo kpić. Zresztą takie pewnie było założenie. Bohaterowie wycieczki nie są płytcy, jak brodzik dla mrówek, ale nie grzeszą też elokwencją.

Urzekły mnie natomiast zdjęcia. Chętnie wzniósłbym toast za Daniela Geneta. Ujęcia przepełnione są promieniami słońca, lecz w stopniu nie powodującym uczucie przesady. Wszystko dobrze stonowane i naprawdę przyjemnie się to ogląda – zsłaszcza, że to horror i jaskrawość może się wydać nietypowa. Nie ujmuję także znakomitym pejzażom, ale to także dzięki swojskiej i klimatycznej scenerii.

Wreszcie z czym to się je, czyli jak się ogląda? Naprawdę dobrze. Historia potrafi zainteresować, napięcie zostało umiejętnie rozłożone. Mamy tu do czynienia z kilkoma dłużyznami w środku, ale w związku z plagą bzdurnych slasherów (jak recenzowane niedawno Krwawe wzgórza) można autorom ten grzech wybaczyć. Tym bardziej, że to końcówka jest w tym filmie najważniejsza. Puenta jest zaskakująca i dobrze przedstawiona, a już samo zakończenie, cóż, ręce same składają się do oklasków. Świetny motyw z muzyką Sealed with a kiss dodaje uroku dziełu Levina. Uroku jaki miały pierwszy Piątek Trzynastego i Halloween. Perypetie Mandy Lane przywołują na myśl stare dobre horrory. W taki sposób oferta ta jest znakomita, choć zdaję sobie sprawę, że oglądając ten film w kinie oceniłbym go zaledwie jako dobry.


  • RSS