cafemrok blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2010

To sum up

Brak komentarzy

Rok, jak rok, nie był dla mnie osobiście szczególny. Dla bloga też nie. Może oprócz tego, że jest was coraz więcej. Nawiązujemy też współpracę z pisarzami grozy. Cieszymy się, że tak chętnie odpowiadają. Pozdrowienia dla nich! Pozdrowienia także dla całej reszty składającej się na naszą rodzimą scenę grozy, której kibicujemy ze szczerego serca. Oby ten rok obfitował we wspaniałe książki. Kibicujemy też polskim fimowcom. Może uda się nakręcić dobry, albo chociaż przyzwoity horror. Sygnał dał Machulski swoją Kołysanką.

Zakończę już, bo robi się ckliwie, a do napisania mam jeszcze wiele. To już w przyszłym roku. Liczymy na coraz większą frekwencję i obiecujemy, że o poziom i częstotliwość notek zadbamy.

Wszystkiego najlepszego!
Horror wyreżyserowany przez Kevina Smitha.


Opowiada historię trzech nastolatków, którzy spotykają charyzmatycznego, szalonego kaznodzieję. W rolach głównych m.in.: John Goodman i Michael Parks.


Gatunek:
Animacja
Reżyseria: Tim Burton, ;
Scenariusz: John August , Pamela Pettler, Caroline Thompson;
Rok produkcji: 2005;
Produkcja: USA, Wielka Brytania


Tim Burton, od czasu Edwarda Nożycorękiego, należy do moich ulubionych reżyserów. Pomijam naturalnie Batmany, których nie znoszę. Corpse Bride natomiast potwierdza jego znakomitą formę. Reżyser znakomicie umie bawić się schematami, składając z nich rzeczy niebanalne i naprawdę interesujące.

Fabuła w zasadzie jest prosta. Opiera się na starej wiktoriańskiej legendzie. Pewien młodzieniec o imieniu Viktor ma wkrótce pojąc za żonę Victorię. Mimo, że pierwszy raz narzeczeni spotykają się w przededniu ślubu, dogadują się znakomicie. Co z tego, gdy nasz bohater (gapa!) nie umie nauczyć się prostej regułki przyrzeczenia. Pastor Galswells, oburzony lekceważącym zachowaniem chłopca, odwołuje ślub do czasu odpowiedniego przygotowania. Victor udaje się do lasu, gdzie ćwiczy regułkę. Nakłada przy tym pierścień na spróchniały patyk. Co za ironia losu! Okazuje się, że patyk, to tak naprawdę palec rozkładającego się ciała zmarłej dziewczyny. Teraz, nasz bohater, będzie zmuszony wywiązać się ze składanych ślubów.

Po przeczytaniu powyższego akapitu, zaznajomieni z twórczością Burtona, pomyślą sobie, że to dla niego typowe. Owszem,  Amerykanin znakomicie wykorzystuje swoje oryginalne pomysły. Nikt, jak on nie potrafi łączyć klimatu grozy ze świetnym poczuciem humoru. Przy okazji, bardzo przypodobał sobie Johnny’ego Deppa i Helenę Carter, którzy tym razem dubbingują animację. Równie bliski reżyserowi jest Danny Elfman, który po raz kolejny stworzył genialną muzykę do jego filmu.

Burton, po raz kolejny, tworzy fantastyczny świat, w którym, tym razem, ożywia trupy. Wszystko jest pełne uroku i wdzięku. Co więcej całość została wykonana ręcznie, techniką poklatkową. Może niektórym nie chce się wierzyć, ale animacja polegała na przesuwaniu kolejnych figurek. Film kręcono 55 tygodni i wykonano przy tym 109 000 440 zdjęć. Naprawdę robi wrażenie!

Niezwykłe są także piosenki. Każda w innej konwencji, zaś ich kulminacją jest historia panny młodej, opowiedziana przez szkielety. Prawdziwy majstersztyk. Zresztą każda historia śpiewana może się podobać. Będąc dzieckiem oglądałem wiele takich kompozycji (zwłaszcza Disneyowskich). Po jakimś czasie zaczynają nużyć, co nie?. Po Gnijącej Pannie Młodej nie doznamy takiego wrażenia. Trzeba przyznać: kawał dobrej roboty.

Magia bijąca z ekranu przekona każdego do zaufania Burtonowi. Gnijąca Panna Młoda jest widowiskiem niezwykłym. Sprawnie wykonana animacja i fantastyczne piosenki sprawiają, że pozostaje w pamięci na długo. A warto pamiętać, bo w naszym horrorowym światku nie mamy takich pozycji zbyt wiele.

DS: Aftermath wyreżysorwany przez Mike’a Disa opowiada czterech członkach załogi statku podróżującego z misją ratunkową. Co się stało z pozostałymi? Nie wiadomo… ale pewnie się dowiemy.

Ten jakże skomplikowany tytuł przeraża zarówno tłumaczony z angielskiego i (przynajmniej mnie) z niemieckiego. A film, cóż, chyba kicz. Wyreżyserowany przez Dominica Jamesa opowiada o grupce ludzi, którzy budzą się nie wiadomo gdzie. A po co? To już seans.


Gatunek:
Horror/Thriller
Reżyseria: Robert Rodriguez, Ethan Maniquis, ;
Scenariusz: Alvaro+Robert Rodriguezowie;
Obsada: Danny Trejo, Michelle Rodriguez, Jessica Alba, Robert De Niro, Steven Seagal, Cheech Marin;
Rok produkcji: 2010;
Produkcja: USA

Danny Trejo to aktor bardzo popularny w Hollywood, ale jednocześnie skazany na wieczną drugoplanowość. Wydawałoby się! Bowiem pewnego październikowego wieczoru widzowie w Polsce (na świecie już w czerwcu) ujrzeli Planet Terror, film wchodzący w skład dylogii Grindhouse. Materiał zawierał fałszywy zwiastun, traktujący o mścicielu z maczetą. Szybko okazało się, że z poprzedniego zdania słowo „fałszywy” można skreślić. Maczeta powstała!

Danny Trejo wciela się w postać tytułowego Maczety, agenta wszystkich możliwych organizacji, któremu świat przestępczy zrujnował życie.  Po latach, będzie miał okazję się zemścić, a pretekstem są zamieszki  zorganizowane przez przybywających do Ameryki Latynosów. Na czele grupy stoi tajemnicza She (Michelle Rodriguez), a jej plany próbuje zwalczyć piękna policjantka (Jessica Alba).

Ciężko traktować ten film poważnie, choć o zasadnicze wątki zahacza. Rodriguez pokazuje skutki polityki bez serca, a także siłę mediów i zagrywek propagandowych. Oprócz tego oferowana jest już tylko posoka, może i bez sensu, ale z jakim wdziękiem. Zamiłowanie do kiczu jest charakterystyczne zarówno dla Quentina Tarantino i reżysera Maczety. Obaj panowie dali upust swoim fascynacjom w Grindhousie, który oglądało się bardzo przyjemnie. Tu jest podobnie.

O aktorstwie nie można wiele powiedzieć, bo większość gwiazd jest tu tylko po to, aby wyglądać. Doświadczeni weterani kina (De Niro, Seagal) kreują karykatury swoich dawnych ról, podobnie jak mięśniaki z Niezniszczalnych. Danny Trejo rzuca krótkimi frazesami, ale tylko kilka było naprawdę zabawnych („Maczeta nie esemesuje…”). W scenach walki bohater wypada za to nieźle, choć niektóre są zbyt  statyczne. Wiele rozwiązań fabularnych zaskakuje, lecz kilka jest też zupełnie nie potrzebnych. Ciekawa jest postać księdza (Cheech Marin), który z giwerą czuje się równie dobrze, jak na ołtarzu.

Pod względem wizualnym jest dobrze, a właściwie kiepsko. Wiele scen jest źle kadrowanych, ale wiąże się to z pośpiechem podczas pracy na planie i faktem, że tak po prostu miało być. Rodriguez chciał swój film upodobnić do kiczowatych produkcji amerykańskich z lat 70-tych. I wyszło mu to całkiem sprawnie.

Jeżeli przed seansem wyłączy się mózg, albo inaczej, jeżeli oglądało się zwiastun z wywalonym jęzorem to Maczeta spełni pokładane w niej oczekiwania. Dostarcza naprawdę niezłej rozrywki i pozostawia z pytaniem, czy kontynuacje naprawdę są potrzebne? Kilka scen już zyskało sobie miano kultowych (lina z jelit).
Czy film także? Okaże się wkrótce.


  • RSS