cafemrok blog

Twój nowy blog

Patrzcie, jakie mamy teraz tempo życia. Jeszcze w ostatnim newsie narzekałem na okładkę książki o Mastertonie, a ta już została zmieniona. Tak, jak i tytuł. Nowy brzmi: Masterton – mistrz horroru.
Nowa okładka nie jest doskonała, ale lepsza od poprzedniej. Inna sprawa, że prawie każda byłaby lepsza od poprzedniej. I uwaga. Ta okładka też może jeszcze ulec drobnej zmianie…

*
Kazimierz Kyrcz wyskoczył niespodziewanie z tytułem Lek na Lęk. A że pisarz ten upodobał sobie duety, to zaprząg do pracy Łukasza Radeckiego – znanego czytelnikom Horror Online.
Jak już jesteśmy przy tematyce okładek, to w tej książce jest słabo… Mimo, że projektant ten sam co przy Chorym, chorszym, trupie.
Opis wydawcy:
Opowieści grozy tego duetu pisarskiego są wypełnione tajemnicą i
niesamowitą atmosferą. To labirynt światów, w którym spotykają się
ludzie, zjawy i demony nawiązujący do tradycji horroru „romantycznego”,
gotyckiego, a jednocześnie zręcznie wpisany w popkulturę i zabarwiony
specyficznym poczuciem humoru. Autorzy są przenikliwymi obserwatorami
współczesności i wykorzystują motyw zachowań społecznych, fobii,
skrzywień, aby zręcznie je przeplatać z klimatami mitologicznymi,
baśniowymi, z mgiełką zjawisk nie z tego świata.


*
Aha. Byłbym zapomniał. Można przeczytać opowiadanie ze wspomnianej wcześniej książki. KLIK!

*
Kontynuacja Lśnienia zbliża się wielkimi krokami. Na gali, na której Stephen King odebrał nagrodę Mason Award przeczytał fragment powieści. Tytuł: Dr. Sleep, a bohaterem jest Danny Torrance.

Dzisiaj recenzja fikcyjnego filmu, napisana specjalnie na konkurs ogłoszony na blogu Quentina.

Diogenes z Synopy

Ciężko napisać coś o najnowszym filmie Zacka Snydera, nie wspominając o kontrowersyjnym pokazie przedpremierowym, jaki miał miejsce w Green Bay. Wystarczy chyba, iż nadmienię, że na pierwszy z zaplanowanych seansów nie wpuszczeni zostali dziennikarze. Dostęp do kina skutecznie zagrodzili Strażnicy. Nie będzie dla Państwa czymś dziwnym, jeżeli nadmienię, że było ich dokładnie trzystu. Niektórzy reporterzy czekali całą noc, zaś inni zrezygnowani wrócili do domów. Gdy sowy odleciały do swego królestwa i nastał świt pierwsze sale zostały otwarte. Kilka godzin czekania sprawiło, że moi redakcyjni koledzy wyglądali jak żywe trupy – wyciągnęli ręce przed siebie i z zaślinionymi twarzami nawoływali: „film… film…”.

Trzeba także nadmienić, że na premierze pojawiły się same sławy. Rorschach prześliznął się niemal nieuważony, za to Dr Manhattan lśnił na niebiesko w obiektywach fotoreporterów. Po chwili wszyscy skupili wzrok na nagim torsie Leonidasa. Z drugiej strony przemknął zwaśniony z nim Kserkses w kreacji nazywanej przez złośliwych koszmarem jubilera. Wszyscy czekali również na obdarzoną niezwykłym tanecznym talentem Babydoll, jednak w ostatnim momencie dotarła do nas wiadomość, że artystka została poddana lobotomii.

W końcu nadszedł wiekopomny moment i na ekranie kinowym, pod nazwiskiem reżysera, pojawił się olbrzymi napis tytułowy: Diogenes z Synopy. W zamierzeniu miał to być film biograficzny z elementami filozoficznymi. Dlaczego Snyder zdecydował się na taką produkcję? Jak sam powiedział na konferencji prasowej: „kulturą starożytnej Grecji interesował się od zawsze, co widać w jego wcześniejszych filmach… yyy… filmie”, po czym szczodrze zapewnił, że nie jest nazistą.

Streszczenie fabuły jest w tym wypadku zbędne, gdyż wszyscy znamy dzieje tego znamiennego filozofa. Żył w ubóstwie i kazał nazywać się psem. Snyder sprawnie połączył filozoficzne brzmienie tych słów ze współczesną technologia i przy użyciu CGI protagonista ma możliwość metamorfozy, niczym wilkołak. Świetnie zostaje to wykorzystane w scenie z Aleksandrem Wielkim. Znana jest wszystkim legenda, w której władca proponuje Diogenesowi bogactwa, zaś ten prosi tylko rzucającego cień o odsłonięcie Słońca. W filmie potężny król nie chce odejść, więc Diogenes zamienia się w dobermana i rozszarpuje mu gardło.

Snyderowi oprócz żonglowania historią nie udało się uciec od akcji, która jest jego znakiem firmowym. Na dowód niech wystarczy Państwu fakt, że Diogenes, aby wejść do beczki musiał pokonać stado strzyg, armię centaurów i tuzin trolli. Gdzieś zapomniany w tym wszystkim został filozoficzny wydźwięk filmu, wystarczy nadmienić, że główny bohater wypowiada łącznie niespełna dwadzieścia słów.

Za to krew leje się strumieniami, a trup ściele gęsto. Dodatkowym atutem produkcji jest ścieżka dźwiękowa. Reżyser wielokrotnie udowadniał, że świetnie potrafi łączyć obraz z muzyką, a tu jest podobnie. I uwaga! Pojawia się polski akcent. W tle sceny podcierania się przez Diogenesa liściem da się wyraźnie rozpoznać głos Zbigniewa Wodeckiego. Bardziej sentymentalni widzowie odnajdą w jego utworze nawiązanie do Pszczółki Mai.

Muszę przyznać, że film zdecydowanie wart jest obejrzenia. Oczywiście pojawią się tacy, którzy powiedzą, że biografia ta powinna mieć kategorię do 16 lat, zamiast od 16 lat. Ale to fani nudziarskiego Zanussiego, którymi nie warto się przejmować. Czuję na sobie obowiązek, aby uprzedzić wszystkich, że jest to film mocno kontrowersyjny. Przykład: scena, w której Diogenes odmawia napicia się wina sprawiła, że rosyjscy dziennikarze niemal zemdleli.
Szczerze polecam!

Kolejna polecanka z zasobów internetu. Na JoeMonsterze pojawił się ciekawy artykuł na temat tego, czym inspirowali się twórcy horrorów. Bo musicie wiedzieć, że nie wszystko było fikcją…

Okładka i tekst z okładki nowej książki Jakuba Żulczyka – jest to kontynuacja Zmorojewa.



Do niewielkiej wsi wyruszaja dziesiątki pielgrzymów. Charyzmatyczny
uzdrowiciel twierdzi, że może uleczyć każdego. W Świątyni nie wszystko
jednak jest takie, jakie się wydaje…


Tymczasem w życiu Anki pojawia się troje tajemniczych nieznajomych.
Trzymają się razem, o ich przeszłości krążą niestworzone historie. Anka
wpakuje się w kłopoty, to pewne. Pomóc jej będzie mógł tylko Tytus
Grójecki, fanatyk horrorów, gier komputerowych i zjawisk
nadprzyrodzonych. Czy zdoła ocalić dziewczynę, którą kocha?

*
Po 11 cięciach nadchodzi 15 blizn, w którym obok światowych gigantów staną ponownie polscy autorzy.

*
 Kilka wieści ze stajni Mastertona:
- Brytyjczyk pojawi się w Polsce między 2-6 listopada i odwiedzi Kraków i Warszawę
- Jego obszerna biografia autorstwa Pocztarka i Cichowlasa zmienia tytuł na: Graham Masterton – twarzą w twarz z mistrzem horroru.
Tytułu bym się nie czepiał. Wątlpliwości mam co do okładki…
- Albatros wyda:

Dziewiąty Koszmar – 28 października,
Władcy Przestworzy – 4 listopada i
Drapieżcy – 17 listopada.

*
Trwa ekranizacja, bardzo dobrej moim zdaniem, powieści Stephena Kinga Worek Kości. Reżyserią zajmie się Mick Garris.

Wydawnictwo: Powergraph
ISBN:978-83-61187-20-2

Liczba stron: 240



Niech nie zmyli Was tytuł, który wskazuje na romans kobiecą ręką szyty i różne fochy z przytupem. Co innego reprezentuje okładka, przedstawiająca twarz, zakutą w lodzie, tak jak człowiek uwięziony jest we własnym ciele. I to ten właściwy trop! Autor „Wiecznego Grunwaldu” swoim zbiorem opowiadań otwiera nową serię wydawnictwa Powergraph, która ma być zdominowana przez prozę niezwykła i nie dającą się zaszufladkować. Trzeba przyznać, że poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko.

Zbiór ten jest tematyczny, a zagadnieniem spajającym w całość poszczególne historie jest cielesność człowieka. Trzeba przyznać, że autor miał niebanalny pomysł na ugryzienie zagadnienia, bo opowiadania są naprawdę różne. „Gerd” to zwierzenia starego Ślązaka, zmęczonego życiem i skutkami psychicznymi wojny, „Masara” opowiada historię prześladowanej w szkole dziewczyny (moim skromnym zdaniem opowiadanie zasłużyło na lepszą końcówkę – reszta jest świetna), a „Dwie przemiany Włodzimierza Kulczyka” wprowadzają nas w świat nieudacznika, którego życie przewraca się do góry nogami. To te najlepsze teksty, a pozostałe również trzymają wysoki poziom.

Może z opowiadań Twardocha nie bije blask oryginalności, ale naprawdę nie sposób się od nich oderwać. Jest to na pewno zasługa języka, który jest chaotyczny (przywodzący na myśl Gąbrowicza, lub Kerouaca) i często wystylizowany na daną grupę społeczną. Urywane fragmenty zdań, krótkie wtrącenia i żonglowanie scenami wymagają od czytelnika ciągłego skupienia. To dobrze, bo obietnica prozy nietuzinkowej nie była tylko czczym gadaniem.

Polecam książkę każdemu, kto lubi eksperymentować ze słowem pisanym, albo szuka „tej drugiej” strony horroru. Myślę, że spodoba się też fanom prozy Jacka Ketchuma, który to psychikę ludzką postrzega, jako rzecz najstraszniejszą. Polecam również tym, którzy chcą dostać polski horror w twardej okładce. Powodów jest sporo! Zachęcam do czytania!

Film określony jako rollercoaster emocji… i rzeczywiście, zaskoczenie jest spore!

Nowy Hellraiser wygląda fatalnie…

Piękna Kate Beckinsale powraca do Underworlda, ale czy z serii można wykrzesać coś więcej?

Nie wiem jaki sens miało kręcenie kontynuacji beznadziejnego Ghost Ridera. Najwyraźniej się sprzedał…

W przeciwieństwie do poprzedniego ten zwiastun wygląda obiecująco. Tak jak i obsada: Rachel Weisz, Naomi Watts, Daniel Craig. Film Johna Sheridana nosi polski tytuł Dom Snów i wzbudził moje zainteresowanie.

Wydawnictwo: Nisza
ISBN:978-83-62795-00-0

Liczba stron:
166



Dawid Kain na swoim blogu był ostatnio zaskoczony jeszcze jedną recenzją Gęby w niebie. Postanowiłem zadziwić go jeszcze bardziej i spłatać figla kolejną opinią. Powyższy tytuł jest drugą powieścią w dorobku autora, zaraz po „prawym, lewym, złamanym” i został wyróżniony w konkursie Igrzyska Literackie w kategorii na najlepszą powieść. W moim prywatnym rankingu otrzymuje Grand Prix Hols, bo to najlepsza książka jaką czytałem dotychczas w wakacje.

A co my tutaj mamy? Oto wizja świata, który czai się za rogiem – już kilka lat przed nami. Wszyscy poprawiają swoje ciała, legalnie aplikują sobie narkotyki i czytają gówno warte powieści. Głupotę masy próbuje wykorzystać Filip, handlujący dotychczas figurkami katolickimi itp. nabijaczami kont. Przypadkiem napotyka on Marka – śmietnikowego kaznodzieję, który czyni prawdziwe cuda. Postanawia zrobić z niego przywódcę nowej religii. W całym przedsięwzięciu dość biernie pomaga mu sfrustrowany swoją nieudolnością pisarz Jan.

Fabuła jest niezmiernie ciekawa, ale podobnie interesujący jest język, którym przystrojona została powieść. Narrator prowadzi dialog z czytelnikami nie tylko na poziomie merytorycznym, ale też dosłownie – „ani mi się ważcie odchodzić od tych kartek”. To bawi, a jednocześnie naprawdę nie chce się „odchodzić od tych kartek”.

Płytkość postaci została nakreślona naprawdę głęboko. Jakkolwiek dziwacznie to brzmi, tak jest w istocie. Każdy ma ciekawą przeszłość, która niewiele znaczy na przestrzeni rozwoju fabuły, ale pomaga ocenić bohaterów. Wykorzystanie ulicznego proroka nowej religii udało się autorowi znakomicie. Dawid Kain wiernie odtworzył psychologię tłumu, który, swoją drogą, jest ostatnio coraz podatniejszy na manipulacje.

Całość stanowi rzecz godną polecenia. Jedyne do czego można się przyczepić to zakończenie. Przewracając kolejne strony, podsycały i nadymały się moje oczekiwania, lecz zamiast donośnego BUM, wyszło przeciągłe pfrrr…, jak po puszczeniu niezawiązanej szyjki balona. Zmiana poglądów Filipa co do Marka nastąpiła zbyt szybko, przez co nie wiadomo osowglechosi. Ważne wątki nie zostały wyjaśnione, a niektóre postaci całkowicie pominięte w ostatecznym rozrachunku. Ale to też pozytywnie świadczy o  wcześniejszych stronach powieści. Aż chciałoby się poznać dalsze losy niektórych postaci.

Tak, czy inaczej – warto
!

Już w kinach możemy podziwiać kolejną część filmowego tasiemca. A ja chyba oszukam przeznaczenie i tym razem daruję sobie seans.

Wydawnictwo: FuKang
ISBN:978-83-922634-8-7

Liczba stron: 136



Kazimierz Kyrcz Jr. lubi straszyć w duetach, Dawid Kain różnie, ale jak się już spotkają to wychodzi z tego zawsze… zbiorek opowiadań. I to już trzeci we wspólnej karierze obu pisarzy.

Zanim przejdę do tego co tygryski lubią najbardziej, trochę o wydaniu zbiorku, gdyż to mój pierwszy kontakt z wydawnictwem FUKANG. Okładka jest po prostu wspaniała. Dużo na niej (modnego ostatnio) różu, ale dzięki umiejętnemu żonglowaniem kontrastem nie ma obciachu. Kicz jest, jak najbardziej, ale wielce zamierzony! W środku szału nie ma, koszmar dla oczu – literki malutkie jak krasnale, ale w zgodzie z formatem. Zbiór ten to nie żadne tomisko, wręcz przeciwnie – można spokojnie brać na plażę.

Wszystkie opowiadania w Chorym, chorszym, trupie miał łączyć wspólny wątek – choroby psychicznej. Napisałem „miał”, bo choć w niektórych jest on dość dobrze zarysowany, tak gdzie indziej tego nie widać. Ponadto, jeżeli autorzy zdecydowali się na jeden temat, to powinno to wyrównać poziom tekstów. Moim zdaniem tak nie jest. Kilka opowiadań jest naprawdę świetnych: Wybierz swoją chorobę – wariacja na temat roli weny w życiu pisarza, Na wysypisku – pojawiające się części ciała przekleństwem samotnika, czy Mała miss – wizja odmłodzonego społeczeństwa. Zdarzyły się też takie, których treść zapomniałem zaraz po przeczytaniu: El hombre invisible (ciekawy jestem, czy tytuł został zaczerpnięty z Pedała W.S. Bourroughsa?), czy Ciernie kiełkujące w tobie. Moim zdaniem to opowiadania nijakie – godne opublikowania w internecie, ale nie na papierze. Ale to tylko dwie wpadki, a zabawy dostarcza pozostałe jedenaście tekstów!

Autorzy zbiorku zgodnie twierdzą, co rzuca się w oczy, że mieli podczas pracy naprawdę świetną zabawę. To widać! Atmosfera psychodeli daje się odczuć po przeczytaniu niemal każdego z opowiadań. W końcu książka ma być prequelem do pojawiającego się na naszym rynku dziwnego gatunku bizarro.

Myślę, że z czystym sumieniem mogę polecić ten tomik na wakacje. Bo wtedy można zapomnieć o dniu codziennym, wyrwać się z szarości świata – i w tym pomoże wam Chory, chorszy, trup. Ale bez odpowiedniego nastawienia, na prawdziwą wkrętę mogą liczyć tylko fani tak odważnego stylu.


  • RSS