cafemrok blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: czytelnia

Wszystko się kiedyś kończy. Tak jak i cykl:

CHORE OBRAZKI

 

Na pocieszenie będzieci mogli przeczytać aż trzy szorty! Cykl czytelnia CM będzie nadal aktualizowany. Jego fanów zapraszam do częstego sprawdzania bloga. Z Rafałem Kuletą już się żegnamy. Za wszystkie szorty dziękujemy!

Dzisiaj jak kiedyś

Kupił pieska, by się nim opiekować. Chciał zadośćuczynić za fakt, że kiedyś nie potrafił należycie zaopiekować się swoją własną rodziną.
Miękka sierść była jak puchowy dywanik, który gołe stopy uwielbiały. Spróbował. Spod dywanika trysnęło kolorami. Zrobiło się nieprzyjemnie mokro.
Kupił króliczka. Zwierzątko było tak słodkie, że nie mógł się powstrzymać przed polizaniem, ugryzieniem i… zagryzieniem. Kiedyś jego żona była równie słodka. Landrynkowo lepka…
Kupił rybkę. Mieniła się żywymi, bajecznymi kolorami. Najlepiej wyglądała w słońcu. Kiedy się opalał, rybka się ugotowała. Kiedyś w podobny sposób zostawił niemowlę, tyle że w garnku na gazie.
Rybka mu nawet smakowała. Tak jak kiedyś dziecko.


(Bez)pański kundel

Widziałem bezpańskiego kundla. Pałętał się bez celu. Ktoś go kopnął, inny opluł, jeszcze inny poczęstował trucizną.
Wychorował się, jeszcze bardziej schudł. Włóczył nogami jak pół-umarlak.
Zlitowałem się nad przybłędą. Zacząłem go dokarmiać. Przy śmietniku znalazłem małe kociska. Idealnie się nadawały. Pies przybierał na wadze. Nabrał apetytu. Był nienasycony, więc dogadzałem mu jak mogłem. Po wizycie na placu zabaw jeszcze bardziej przytył.
Doszedłem do wniosku, że wreszcie nadszedł czas, by zabrać go do domu.
Zaprowadziłem psiaka do mieszkania. Całą drogę merdał ogonem. Szczęśliwy.
Patrzył błagalnie, jak człowiek. Zapewniłem, że go nie zwrócę. Żułem powoli. Pies już nie był bezpański. Był mój.

Złośliwość

Wsiadł do autobusu. Wyjął książkę. Taka stara moherówa obok rozłożyła gazetę na całą szerokość, złośliwie zasłaniając mu kartki. Spojrzał w jej popękaną facjatę. Żadnej reakcji. Wysunął książkę spod gazety i czytał dalej. Starą jakby coś trafiło. Jeszcze raz zasłoniła jego książkę gazetą.
Chciał już coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Schował książkę do walizki. Kątem oka obserwował, jak stara cieszy ryło. Zasłoniła gazetą jego walizkę.
Na to tylko czekał.
Z kieszeni marynarki dyskretnie wyjął zapalniczkę.
Podpalił gazetę i wstał z miejsca.
Płomienie objęły staruszkę, która wybuchła histerycznym, dzikim rechotem.
Zerwała się. Skoczyła na niego i mocno objęła.
Nie był jedyną ofiarą.

Rafał Kuleta

(Tekst jest całkowitą właśnością autora. Nie może on być kopiowany i rozpowszechniany bez jego wiedzy.)

CHORE OBRAZKI

Spadochron

Był jak w transie. Nic nie dorównywało uczuciu szybowania. Długie skrzydła łagodnie muskały powietrze, unosząc pilota i jego marzenia.
    Za niecałe pół godziny skończy się to euforyczne szczęście i będzie musiał wylądować.
    Szybowcem szarpnęło. Co jest? Prognoza pogody na najbliższe dwie godziny nie uwzględniała… Ponowne szarpnięcie gwałtownie przerwało myśl. Ale przecież jest bezwietrznie!
    Nieznana siła wyraźnie ciągnęła szybowiec w dół. Nie pomogły umiejętności. Nieposłuszna maszyna szybko pikowała.
    Pilot wyskoczył i pociągnął linkę spadochronu… którego nie miał.
    Na szczęście to mu się tylko śniło.

    Huk wyrwał żonę ze snu. Na dziwnym spadochronie wynurzającym się z sufitu wisiał mąż otoczony chmurą krwi.

Jakiś problem?

    Maciej tak się spieszył, że mało brakowało, a nie wziąłby teczki z najważniejszymi dokumentami.
    Dosłownie wyfrunął z domu. Każdy dzień zaczynał się od takiej samej sraczki. Nie mógł się doczekać urlopu.
    Jakiś dziadek bawił się przed blokiem śnieżkami. Ten to ma dobrze.
    Maciej minął emeryta i wtedy dostał śnieżką w głowę. Obrócił się. Dziadek się nie odzywał. W chłopaku się zagotowało. Codziennie zapierdala, ledwo zipie, a tu taki stary, rachityczny mądzioł rzuca w niego śnieżkami?
    – Jakiś problem? – podszedł nabuzowany.
    W tej samej chwili na Macieja rzucił się amstaf, którego emeryt wyprowadzał bez kagańca. Pies w mgnieniu oka strzaskał chłopakowi grdykę.

Rafał Kuleta

(Tekst jest całkowitą właśnością autora. Nie może on być kopiowany i rozpowszechniany bez jego wiedzy.)

CHORE OBRAZKI

Wśród grzybów

    Ojciec jako pierwszy znalazł borowika. Był potężny. Niestety, robaczywy.
- Szkoda, taki wielki okaz – odrzucił kawałki poszatkowanej nogi i kapelusza.
- Ja też mam! – triumfowała żona, pokazując wysokiego na pół metra koźlaka.
- Pewnie robaczywy – mąż z niedowierzaniem przyglądał się olbrzymowi.
    
Po chwili wyrzuciła pocięte kawałki.
- Nie rozumiem, deszcze padają, jest ciepło, nie powinny być robaczywe – zastanawiał się mężczyzna. – W dodatku aż nieprawdopodobne, że są tak wielkie.
- Mamo! Tato! Chodźcie szybko!
    
Rodzice popędzili do syna. Stał na wzgórzu, na krawędzi lasu i wpatrywał się w odległą panoramę miasta. Na horyzoncie zobaczyli las niewiarygodnie gigantycznych, błyskawicznie rosnących grzybów.
   
Szybko się rozmnażały.
   
Spalił ich podmuch.

Schron

   
Właściwie nie wiedzieli, przed czym się ukrywają. Był alarm, więc prędko zeszli do schronu.
   
Każda rodzina miała swój własny. Wszystkie były takie same, w kształcie jaj zdolnych wytrzymać silne trzęsienie ziemi. Wejście znajdowało się w podłodze piwnicy.
   
Wyposażone były nowocześnie, wręcz futurystycznie. Producenci obiecywali „pozaziemską” technologię i to było widać w każdym szczególe wnętrza.
    
Wszyscy cierpliwie czekali, aż na górze odwołają alarm. Zastanawiali się tylko, jaka była jego przyczyna…

    
Schrony były prawdziwymi jajami. Na powierzchni ziemi pojawiło się coś, co długo czekało na wyklucie się z jaj potomstwa, które właśnie osiągnęło kolejną fazę rozwoju, żywiąc się świeżym pokarmem w środku.

Rafał Kuleta

(Tekst jest całkowitą właśnością autora. Nie może on być kopiowany i rozpowszechniany bez jego wiedzy.)

CHORE OBRAZKI

Zacznij krzyczeć

- To tutaj?
– Tak.
– Jakoś nic specjalnego tu nie widzę, same graty.
– Rozejrzyj się uważnie.
– Ale tu nikogo nie ma.
– Spójrz dokładnie. Zastygli w nienaturalnych pozach, z szeroko rozwartymi ustami, jakby ktoś wyważył je łomem, a później jeszcze poszerzył.
– Masz bujną wyobraźnię.
– Ja po prostu opisuję to, co widzę.
– Obiecałeś mi, że zobaczę coś, co zwali mnie z nóg. A tu lipa. Niczego nie widzę.
– Reagują na dźwięk. Najlepiej głośny. Hałas ich pobudza, wprawia w ruch.
– Chciałbym zobaczyć te straszydła. Tak je opisałeś, że jestem ciekaw.
– Na razie to oni cię obserwują.
– Więc co mam zrobić, żeby ich zobaczyć?
– Zacznij krzyczeć.

Nowa zabawka

Zanim poszedł spać, wszedł do pokoju synka. Przykrył go kołderką. Poprawił pluszowego misia. Obok leżała ręka. Wyszedł z pokoju.
Zaraz, zaraz. Jaka ręka? Przecież śpiące dziecko trzymało misia za łapkę.
Cofnął się. Światło z korytarza padało na malucha i na przytulankę. Zamiast łapki misia, synek trzymał rękę. Pluszak miał twarz starego mężczyzny. Poznał w niej twarz własnego, zmarłego przed laty ojca, któremu nie dane było zobaczyć wnuka. Teraz leżał obok, ściskając rączkę chłopczyka.
Ojciec malca dotknął dziecięcych policzków. Były lodowate. Przestraszony, sprawdził oddech i tętno leżącego. Rzucił się do telefonu na korytarzu.
Z pokoju wyszedł miś ze swoją nową zabawką.

Rafał Kuleta

(Tekst jest całkowitą właśnością autora. Nie może on być kopiowany i rozpowszechniany bez jego wiedzy.)

CHORE OBRAZKI

Dozwolone od lat osiemnastu

Miał piętnaście lat.
Na filmie dozwolonym od lat osiemnastu widział, jak gostek miażdży glanem głowę innego gostka, który gryzł krawędź krawężnika.
Postanowił być oryginalny. Poprosił młodszego brata, żeby oparł się plecami o ścianę. Braciszek, skuszony batonikiem, chętnie stanął.
– Możesz zamknąć oczy.
Chłopczyk był szczęśliwy, że może pomóc. Starszak zamachnął się i kopnął braciszka w głowę. Czaszka i mózg rozprysły się na białej ścianie, tworząc abstrakcyjny obraz z dominującym, czerwonym tłem.
Dopiero teraz do niego dotarło, co zrobił. Wyjął ze skrytki farbę w sprayu i namalował graffiti komponujące się z krwią i szarą materią braciszka.
Miał nadzieję, ze rodzice nie zauważą.

Atak

- Co chcesz, tata? – czteroletni synek patrzył na ojca z rosnącym niepokojem. Nigdy przedtem tak się nie bał. Uczucie niepewności, lęku, panicznego strachu potęgował brak jakiejkolwiek reakcji ze strony rodzica. Przerażone, bezradne dziecko zaczęło łkać. Stąpało z miejsca na miejsce; bezsilne, sponiewierane strachem. Nigdy dotąd nie widziało tatusia w takim stanie.
Ojciec nie ruszał się. Spoglądał na chłopca nieobecnym wzrokiem, nie wyrażającym żadnych uczuć. Nagle pokazał coś wyprostowaną ręką. Chłopiec spojrzał we wskazanym kierunku.
– Co chcesz, tata? – powtórzył łamanym głosem.
Mężczyzna leżał na podłodze siny jak trup. Dostał ataku duszności. Wyciągniętą przed siebie ręką wskazywał na ścianę. Na wiszący tam telefon.

Rafał Kuleta

(Tekst jest całkowitą właśnością autora. Nie może on być kopiowany i rozpowszechniany bez jego wiedzy.)

CHORE OBRAZKI

Szał

    Twarze. Mnóstwo twarzy: kobiece, męskie, dziecięce, stare. Wszystkie powielone i nałożone na siebie. Skopiowane oczy. Zaciśnięte, zdeterminowane zęby.
    Nie w głowie im książki, filmy, wybory czy śnieżyca. Nie stać ich było nawet na papierosy.
    Wszyscy zebrali się na terenie nieczynnych od roku Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Jakoś do tej pory żyli z zasiłku. Ale i ten się skończył.
    Ostatnia nadzieja była w inwestorze, który właśnie oznajmił, że ma zamiar uczynić z Zakładów muzeum. Składy, cysterny, nawet kontenery idealnie nadawały się na wystrój nowoczesnego, industrialnego skansenu.
    Ludzi ogarnął szał. Zespawali wszystkie szczeliny. Nikt nie miał wyjść stąd głodny.
    Nikt nie wyszedł.

Rafał Kuleta


(Tekst jest całkowitą właśnością autora. Nie może on być kopiowany i rozpowszechniany bez jego wiedzy.
)

Pamiętacie zapewne cykl Czytelnia CafeMrok. Ostatnio zaprosiliśmy do współpracy kolejnego znanego pisarza grozy: Rafała Kuletę. Zaproponował nam cykl swoich znakomitych szortów. Będzie nosił on nazwę:

CHORE OBRAZKI

W dzisiejszym odcinku przedstawiamy:

Rozbieranie szopy

    Ojciec i syn zmusili się, w końcu kiedyś trzeba. Staruszka wysłużyła się, teraz tylko szpeciła. Przyszli z młotkami i siekierami. Najpierw wywlekli śmieci: stare donice, zbutwiałe deski, truchła pająków, podarte sieci rybackie. Wybebeszyli ją dokładnie. Nie zwracali uwagi na jęki. Teoretycznie powinna skonać. Trzymała się jednak kurczowo krawędzi pola jak życia. Przygarbiona, zapadnięta do wewnątrz. Rozebrali ją w mgnieniu oka. Nie zważali na wycie desek, wióry krwi, agonię wyrywanych gwoździ. Śmieci spalili.
    W miejscu szopy zaplanowali wsadzić krzaczki porzeczek i jabłoń.
    Na drugi dzień przywlekli sprzęt, by przygotować ziemię pod sadzonki.
    Stała niewzruszona. Zmieniona. Nowsza, pewniejsza siebie. Czekała na nich.

Rafał Kuleta

(Tekst jest całkowitą właśnością autora. Nie może on być kopiowany i rozpowszechniany bez jego wiedzy.
)

ŻYWOT PARSZYWY odc. 3


(opowiadanie opublikowane w słowackim Playboyu)


Obudzony przez pulsujący tępy ból głowy, otworzył oczy. Otaczała go ciemność. Uwięziono mnie – jedyne logiczne wytłumaczenie  jakie przyszło mu do głowy. Tylko kto, gdzie i dlaczego? Pamiętał rzeź w piekiełku, nóż tkwiący w boku, ale co było dalej?  Pomacał dłonią, nie było żadnej rany. Nic mu się nie stało. Wstał ostrożnie by nie narobić hałasu. Dziwne – nikt go niczym  nie skrępował. I po co była ta cała szopka z narkotykiem? – był już w stu procentach przekonany, że coś miał w drinku, że  ktoś się za coś mści. Dlaczego? Może stracił kogoś przez prochy? Może komuś podpadł? Tylko czym? Może kolesie z konkurencji  chcą przejąć teren? Uświadamiał sobie, że jest bardziej niż prawdopodobne iż czeka go jeszcze trochę nieprzyjemnych doznań.  Ktoś zamierzał się nad nim trochę po pastwić bo w innym wypadku po prostu zarobiłby kosę między żebra; w roztańczonym tłumie  nikt by nie widział sprawcy. Nie miał wątpliwości – żywy z tego nie wyjdzie. Co za parszywy żywot! Musi się stąd jakoś  wydostać. Tylko jak? Otaczały go egipskie ciemności – pewnie zamknęli go w jakimś obskurnym małym pomieszczeniu, gdzieś na  zadupiu. Ostrożnie, aby niczego nie przewrócić, wyciągnął ręce i ruszył powolutku do przodu. Po zaledwie kilku krokach  opuszkami wyczuł gładką powierzchnię. Pomacał dokładniej. Szkło. U stóp pojawiło się jaskrawe światło. Było coraz wyżej.  Wstrzymał oddech. Serce łomotało jak oszalałe. Po drugiej stronie szyby unosiła się zasłona. Jasność była oślepiająca.  Zmrużył oczy. Po drugiej stronie szyby… Oleg pieprzył się z Sonią. Tego było już za wiele. Krzyk uwiązł w gardle, zaczął  walić pięściami w szybę.
Popieprzyło mi się pod kopułą. Odbiło mi! – nie mógł uwierzyć, że to co widzi dzieje się naprawdę.
W mgnieniu oka zasłona opadła ponownie skrywając Siergieja w ciemnościach.
Albo umarłem – błysnęło mu w głowie – albo jestem nafaszerowany jakimś gównem. Może ktoś chce by wydawało mu się, że  zwariował?
- Czego chcecie? – krzyknął łamiącym się głosem.
- Albo umarłeś – delikatny, kobiecy głos powtórzył jego myśli – albo masz jazdę, albo ci odbiło
- Mam dość! Wypuśćcie! Mam już dość!
Cisza.
Usłyszany przed chwilą głos wydawał się znajomy. Usiłował sobie przypomnieć do kogo może należeć. Niestety szufladka z tym  wspomnieniem została zamknięta a klucz gdzieś się zawieruszył. Zgrzyt… Boże niech to będzie tylko sen. Niech to się już  skończy. Powoli wdech i jeszcze wolniej wydech aż powietrze opuści płuca i jeszcze raz wdech – próbował uspokoić skołatane  nerwy jedynym znanym sobie sposobem. Zdawał sobie sprawę, że jego umysł jest w stanie skrajnego wyczerpania, o krok od  obłędu. Pomogło, w niewielkim stopniu, ale jednak. Znowu mógł jakby jaśniej myśleć. Zgrzyt… Odegnał pierwotny lęk  paraliżujący zmysły. Ruszył po omacku przed siebie. Nie ważne co się stanie. Niech się dzieje co chce – nie zamierzał tu gnić  i trząść portkami. Oczy zaczęły rejestrować niewyraźne zarysy. Przystanął. Zgrzyt… Dostrzegał coraz więcej detali; coś  jakby siedzenia. Rozjaśniało się, obraz stawał się coraz wyraźniejszy. Znajdował się w zdewastowanej starej sali kinowej.  Gdyby zrobił jeszcze jeden krok do przodu wyrżnąłby kolanem w pierwszy rząd. zgrzyt…  Ciarki przebiegły po plecach. Ten  dźwięk… czy to tylko kolejne złudzenie czy… Zgrzyt… Tym razem usłyszał bardzo wyraźnie. Ten straszny odgłos. Pobiegł w  kierunku, z którego dochodziły zgrzytnięcia. Zgrzyt… Pchnął drzwi. Biuro ojca. Wisielec uniósł lekko głowę, zwisająca z ust  stróżka śliny zaczęła się lekko bujać. Posłał Siergiejowi pełne wyrzutu spojrzenie. Zgrzyt…
- Nie jesteś prawdziwy! – mówił bardziej do siebie, pragnąc utrzymać w ryzach skołatany umysł. Z całej siły zacisnął powieki  i przez chwilę był w innym świecie, gdzie istniał tylko łomot jego serca – To nie jest prawda. Stał długo kiwając się jakby  miał chorobę sierocą i powtarzał te cztery słowa niczym mantrę. Z tego stanu wyrwał go płacz dziecka. Ostrożnie odsłonił oczy  i stwierdził, że chyba go już nic w życiu nie zdziwi. Znajdował się w ogromnej pieczarze, w której mimo iż nie było żadnego  źródła światła panował lekki półmrok. Wszystko pokrywała warstewka kleistego, połyskującego śluzu, który zdawał się żyć swoim  życiem. Nozdrza podrażniał ostry słodkawo-kwaśny odór. Spojrzał w kierunku, z którego dochodziło kwilenie. Zobaczył szeroki  korytarz i mnóstwo kopiastych bulw wyrastających z otulonego mlecznobiałą mgłą podłoża. Skrajnie wyprany z emocji,  niezważając na ewentualne niebezpieczeństwo, ruszył zdecydowanym krokiem w ich kierunku. Leżały w nich niemowlęta. większość  spała, kilka rozglądało się niespokojnie, któreś darło się w niebogłosy. Gdy odruchowo zerknął w tamtym kierunku serce niemal  zamarło mu w piersi; obrzydliwa zielonkawa macka unosiła malca za nóżkę. Po chwili ujrzał resztę paskudztwa – bo nie sposób  było określić inaczej to co coś – olbrzymi bezkształtny twór z niezliczoną ilością wężowatych kończyn. Wzdrygnął się gdy do  jego uszu dobiegło mokre plaśnięcie. Macki zawirowały i zaczęły z ogromną siła uderzać niemowlętami o skały jaskini.  Kakofonia płaczu, wrzasków i miękkich pacnięć przez moment niemal go ogłuszyła. Czuł jak żołądek zamienia się w ołowianą  kulę. Zwymiotował. Istota zbliżała się wymachując zmasakrowanymi szczątkami maleńkich bezbronnych ciałek. Przez ułamek  sekundy ujrzał narośl pomiędzy dwiema mackami. Zrobiło mu się słabo – była to jego głowa. Obrzydlistwo używając jego własnej  twarzy patrzyło na niego jak dzieciak na mrówkę, którą w ramach dobrej zabawy zgniecie zaraz patykiem. Czuł jak nogi  zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Upadł na kolana trzymając się za głowę. Spodnie w kroczu robiły się mokre od gorących  potoków uryny. Jedna z macek rzuciła zwłokami w jego kierunku. Upadły tak, że widział małą niewinną twarzyczkę wykrzywioną w  grymasie przerażenia. Sam nie wiedział jak to się stało lecz nagle zdał sobie sprawę, że główka niemowlaka zmieniła się w  głowę jednego z jego dawno nie widzianych, klientów z „Piekiełka”. Zemdlał.

Zbudziło go przenikliwe zimno, najbardziej dotkliwie dające się we znaki w okolicach krocza. Wszystko potwornie bolało jakby  mu ktoś kości pogruchotał. Uniósł trochę zaropiałe powieki. To był tylko sen… Poczucie relaksującej ulgi rozlało się  przyjemnie po całym ciele. To tylko koszmar ćpuna na zejściu. Czuł, że dłużej tego nie zniesie. Skundlił się przez głupią  dziwkę. Zniszczyła go swoją zdradą. Przez nią stoczył się na dno. Ilekroć przytomniał zaczynał żałować, że ich wtedy nie  zatłukł na śmierć. Głupia suka i pożal się Boże pierdolony przyjaciel. Czasami żałował, że los ich postawił na jego drodze.
A może to jego druh Pech maczał w tym swoje paluszki? Jak mógł się tak stoczyć? Przyszło mu teraz wegetować pod mostem i  walić w żyłę, a raczej wielką ropiejącą ranę, gdy tylko udało się skołować kompot. Telepało nim; solidnie przemarzł. Próbował  się podnieść lecz ręce i nogi odmawiały posłuszeństwa. Skulił się. Postanowił poleżeć, nabrać trochę sił, mimo że bał się  kolejnych koszmarów gdyby przyszło mu ponownie usnąć. wpatrywał się w dogasające palenisko. Przecież nie może tak dłużej żyć.  Całe te cierpienia z przeszłości były teraz tak odległe i nieistotne. Liczyło się tylko to by przetrwać. Bardzo chciał znowu  normalnie żyć. Skromnie egzystować, może zaryzykować i znowu komuś zaufać, mieć kiedyś rodzinę. W chwilach przytomności wiele  razy rozmyślał o sensie życia. Wielokrotnie próbował znaleźć logiczny wspólny mianownik dla tego wszystkiego co go do tej  pory spotkało, jakoś sobie to wszystko wytłumaczyć i poukładać. Może jest w tym jakiś głęboko ukryty sens? Może życie to  bolesna lekcja, którą trzeba odrobić? Więcej pojawiało się pytań niż odpowiedzi ale jedno wiedział na pewno – nie chce  umierać, chce wydobyć się z tego bagna i zobaczyć co jeszcze los trzyma dlań w zanadrzu. Postanowił, to dziś będzie ten  dzień. Jak tylko nabierze trochę sił… detoks. Musi spróbować. Musi!

——————————–


Chłopiec pieczołowicie budował wieżę z kolorowych, drewnianych klocków. Była bardzo wysoka. Idealna. Ostrożnie, maksymalnie  skoncentrowany, ustawiał kolejny element konstrukcji. Wystarczyłby jeden fałszywy ruch, jedno niekontrolowane drgnięcie ręki  i musiałby zaczynać od nowa. Jeszcze ze dwa poziomy i ją ukończy. Później rozstawi w różnych zakamarkach, na wszystkich  piętrach, oddziały plastikowych żołnierzyków i rozpocznie się wojna…
- Siergiej obiad – w głosie matki słychać było nutkę zniecierpliwienia.
No nie zawsze musieli mu przerywać wtedy kiedy najlepiej się bawi. Strasznie go to wkurzało.
- Zaraz! – odkrzyknął
- Teraz! Bo powiem ojcu! Wszystko będzie zimne!
chyba już nieodwołalnie musi przerwać. Mama sie wkurzyła, lepiej nie przeginać. Wybiegł z pokoju i ruszył ku schodom. Jak  zwykle postanowił zjechać po poręczy. Była idealna; długa i gładka. Często dostawał za to burę – rodzice bali się, że kiedyś  spadnie i coś sobie zrobi – ale zbyt bardzo to lubił. Poza tym nie uważał się za taką ofiarę losu co to z byle poręczy spada!  Usiadł i już po chwili nabrał prędkości. Jego twarz rozświetlił promienny, szeroki uśmiech.

Nagle poręcz zmieniła się w ostrze brzytwy…

KONIEC

ŻYWOT PARSZYWY odc. 2


(opowiadanie opublikowane w słowackim Playboyu)

„Piekiełko”, różowy, tandetny neon z daleka rzucał się w oczy, przyzywając utrudzonych nocnych wędrowców. I pomyśleć, że to  kultowa, znana na całą Moskwę dyskoteka, i że dostanie się do środka w piątkowy wieczór graniczyło z cudem. Przy wejściu  stało dwóch łysych, mocno przysterydowanych, ubranych w skóry bramkarzy.
- Sie masz Siergiej – Wycedził przez zęby ten bardziej przypakowany, przygryzając jednocześnie zapałkę. – dawno cię tu nie  było, wskakuj.
Taaa, zawsze miał wjazd za friko, czuł się tu jak w domu – lubiany zarówno przez klientów jak i obsługę.
Aby dojść do pulsującego jednostajnym, dudniącym dźwiękiem serca dyskoteki musiał pokonać, przeciskając się między ludźmi,  strome wąskie schody następnie należało tylko przeprawić się przez długi słabo oświetlony (i jeszcze bardziej zatłoczony)  tunel – podobny do tych w bunkrach – i przedsionek z ogromnym półokrągłym barkiem. Dotarcie do tego miejsca zajmowało mniej  więcej dziesięć minut. Po drodze robił częste przystanki by sprzedawać towar stałym klientom. Jak zawsze gdy tam dotarł,  uboższy o jakąś jedną trzecią prochów, robił sobie przerwę na drinka. Przebicie się przez tłum do którejkolwiek z mocno  wymalowanych barmanek graniczyło z cudem, lecz nie miał z tym problemów, wszystkie go znały. Wystarczyło że stanął w dobrze  widocznym miejscu a momentalnie pojawiała się jedna z nich z jego ulubionym dryniem. Dziwnym trafem zawsze znajdywało się też  wygodne miejsce do siedzenia.
Sącząc bez pośpiechu obserwował podrygujące na parkiecie dziewczyny. Jak sprzeda cały towar, jak zwykle wyrwie jakąś pannę i  trochę się zabawią. Po zdradzie Sonii wszystkie kobiety stały się dla niego tylko pustymi suczkami, które należało poderwać,  przelecieć i spławić. Już nigdy nie będzie tak durny aby się zakochać.
Snujące się leniwie myśli przerwał kolejny stały klient. Blado zielonkawe zombie; trzęsący się jak galareta strzępek  człowieka o wielkich przekrwionych oczach, ściskający w dłoni z trudem uzbirane pieniądze. Zmusił się do przyjaznego uśmiechu  i sprzedał kolejny foliowy woreczek, niezbędnik tej imprezy – dla tego chłopaka prawdopodobnie gwóźdź do trumny.
 Zostawił uszczęśliwione ludzkie truchło i ruszył na parkiet. Po drodze zaczepiła go dziewczyna, z którą niedawno się  zabawiał. Trochę się pocałowali i ją spławił. Czuł się już trochę zmęczony. Im szybciej zejdzie cały towar tym prędzej wróci  do domu. Wyrósł już z całonocnego imprezowania. Coraz częściej jednostajny, mechaniczny łomot wywoływał ból głowy i  podenerwowanie.

Ktoś odpalił ultrafiolet i stroboskop. Poruszający się rytmicznie ludzie sprawiali wrażenie nakręcanych automatów.
Zastygali w dziwacznych pozach jak na obrazach szalonego artysty.
Ciemność.
Chłopak podrzynający dziewczynie gardło.
Ciemność.
Siergiej wydał ochrypły, pełen niedowierzania okrzyk.
Z gardła wytryskuje krew.
Ciemność.
Poczuł jak serce załomotało arytmicznie niczym jazzowy perkusista.
Dziewczyna wyłupuje chłopakowi oczy.
Ciemność.
Rozbryzgujące się gałki oczne.
Ciemność.
Czuł jak nogi zaczynają się pod nim uginać.
Dwa czarne otwory i szklista posoka spływająca po twarzy.
Ciemność.
Kurwa! Dosypali mi coś. – Olśniło go jedyne racjonalne wyjaśnienie dla rozgrywającej się przed nim masakry.
Większość tańczących wywija nożami, tnąc i dźgając każdego kto się znajdzie w zasięgu ostrza.
Ciemność.
 - Boże jestem naćpany! – Wymamrotał sam do siebie – Mam przejebane.
Miganie stroboskopu znacznie przyspieszyło i miał wrażenie, że wszyscy zaczęli się poruszać w zwolnionym tempie. Wyglądało to  jak makabryczny balet. Mimo ran ludzie nadal tańczyli dźgając się nożami. Połyskliwe, śliskie wnętrzności wypływając z powłok  brzusznych, podskakiwały w rytm szaleńczej muzyki. Przetarł mocno oczy mając nadzieję, że ohydne majaki znikną. Niestety. Tuż  przed nim mokry od potu grubasek skalpował ładną blondyneczkę. Nóż powoli przesuwał się po czole. Drugą ręką oddzierał włosy,  razem ze skórą, od czaszki. Po delikatnej twarzyczce spływały ciemne stróżki krwi. Kątem oka dostrzegł błysk. W ostatniej  chwili odskoczył w tył ratując się od zbliżającego się ostrza. Jezu! Muszę  wyglądać jak idiota – Pomyślał. Postanowił  najszybciej jak się tylko da opuścić lokal nim ktoś się zorientuje że gnębią go halucynacje. Mocne uderzenie w plecy prawie  zbiło go z nóg. Zatoczył się do przodu rozpaczliwie zamachał rękami jak cepami. Minę miał jak baletnica, która uświadomiła  sobie na scenie, że zapomniała o założeniu majtek. Gdy tylko odzyskał równowagę zauważył nóż wystający z boku. Dokoła rany  powoli powiększała się ciemna plama.
Krwawił.
Czuł, że zaczyna wpadać w panikę. Nie był w stanie ocenić co jest rzeczywistością a co majakiem. To wszystko było takie  realistyczne.
Posłuchaj – powiedział do siebie. – Takie rzeczy się zdarzają. Coś ci dosypali a ty sie teraz rzucasz jak wariat. Ludzie  naokoło na pewno gapią się na ciebie Siergieju jak na idiotę. Teraz musisz schować się w najbliższym kiblu i doprowadzić do  stanu używalności.
Instynktownie ruszył w dobrze znanym kierunku. Dopadł drzwi. Gdy tylko znalazł sie w środku wpadł do pierwszej z brzegu  wolnej kabiny i szybko zaryglował drzwi. Panika wracała jak fala po odpływie gotując się do tego by zalać chaosem jego  rozemocjonowany umysł. Nie zdążył przeanalizować tego co się wydarzyło; obraz przed oczyma dziwnie się rozmył i zaczęło się  robić coraz ciemniej i ciemniej i ciemniej…

CDN

Rozpoczynamy nowy cykl – Czytelnia Cafe Mrok. Jako pierwsze ukaże się wam opowiadanie Krzysztofa T. Dąbrowskiego, który ma za sobą publikacje w niezliczonej liczbie magazynów i wydanie książki: „Naśmierciny„. Już w przedsprzedaży znaduje się kolejny zbiór opowiadań : „Anima Vilis„. Więcej szczegółów na oficjalnej stronie autora: KLIK.

Krzysztof T. Dąbrowski - w 1978 roku powitał świat głośnym krzykiem (ponoć dwie położne do dziś
mają problemy ze słuchem). Ów wszechstronny demoralizator i awanturnik
zapragnął zostać muzykiem rockowym – niestety matka natura poskąpiła mu
muzycznych talentów. Zdesperowany rzucił się w objęcia dziesiątej muzy.
Gdy ukończył reżyserię uznał, że chyba woli inną (Matki, chowajcie swoje
córki! Córki, chowajcie swoje matki!).
Postanowił zostać nowym wieszczem narodowym – pod koniec 2006 roku
chwycił za pióro i tak zostało mu do dziś. W 2008 roku popełnił zbiór
opowiadań pt.”Naśmierciny” (czyli małe co nieco dla miłośników groteski
horroru i fantastyki). W lutym 2009 roku opublikował opowiadanie w
słowackim Playboyu i… bez przerwy odgraża się, że to jeszcze nie
koniec!


ŻYWOT PARSZYWY odc. 1
(opowiadanie opublikowane w słowackim Playboyu)
Odkąd sięgał pamięcią Pech był mu wiernym i niechcianym druhem. Za złośliwość losu uważał już sam fakt, że urodził się w tak  popieprzonym kraju jak Rosja – gdzie ludzkie życie nie jest warte funta kłaków. O tak! Matuszka Rassija znana była z  okrucieństwa. Wredny Towarzysz Pech miewał w zwyczaju ujawniać się w najmniej spodziewanych momentach. Gdy już o sobie  przypomniał, na ogół wywracał świat Siergieja do góry nogami. Życie z takim kompanem przypomina chodzenie po zamarzniętym  jeziorze, niby lód jest gruby i czujesz się bezpiecznie, lecz wystarczy chwila nieuwagi – trafiasz na cieńsze miejsce i  trach! Lądujesz w zimnej wodzie. Jeśli miłościwy jest ci litościwy, miast utonąć, kończysz z zapaleniem płuc w szpitalu.

Siergiej Siemionowicz, długo oczekiwany pierworodny, pojawił się na świecie pewnej zimowej nocy, tuż po pierestrojce. Będąc  małym brzdącem praktycznie nie miał rodziców, oboje byli tak zapracowani, że w zasadzie dom był im hotelem. Otoczony  nadopiekuńczymi niańkami i stertą zabawek, jakich tylko dusza zapragnie, spędzał całe dnie na kreowaniu fantastycznych krain, których był oczywiście jedynym i niepodzielnym władcą. Z czasem wszystko się zmieniło – wkroczył w buntowniczy wiek. Gdy zaczął sprawiać problemy, wtedy jaśniepaństwo raczyli łaskawie zauważyć, że mają syna. Trochę się spóźnili…

Nadal ich kochał, ale nie potrafił już znaleźć z nimi wspólnego języka. Początkowo bunt służył do tego, by zwrócono wreszcie  na niego uwagę, potem stał się pejczem, którego używał by wymierzyć im karę, pokutę za błędy wychowawcze.

Jesień; szarobure niebo siąpiło zimnym deszczem. Sterty pożółkłych liści czekały aż pierwszy śnieg pogrzebie je pod sobą.  Rachityczne gałęzie drzew targał lodowaty wiatr. Z upodobaniem wciskał się w każdą możliwą szparę miedzy ubraniami.  Nienawidził tej pory roku – kojarzyła mu się z umieraniem. Nie przypuszczał, że od dziś będzie przypominała tylko i wyłącznie  o pewnej bezsensownej śmierci…

Po fizyce wyłączył komórkę (wciśnie kit, że się rozładowała) i wymknął się ostrożnie ze szkoły. Był umówiony z Olegiem na  wspólne wagarowanie. Oleg miał fajnych starszych – wystarczyło, że nie chciał iść do szkoły i pozwalali mu zostać w domu.  Zaległości? Jakie zaległości? Odrobina gotówki i nie było po nich śladu. Czasami mu zazdrościł; on tradycyjnie dostanie  niezłą burę gdy tylko ktoś poinformuje ojca; z matką jeszcze pół biedy, zawsze jakoś się można było dogadać.
Czego się jednak nie robi dla dobrej zabawy? U Olega miały być dwie fajne panny, łatwe laseczki, które po paru kieliszkach  lubią się pobzykać. Dla takiej rozrywki gotów był znieść ostrą ojcowską połajankę, nawet trzygodzinny monolog o tym, że  skończy jako cieć zamiatający ulice. Bo jeśli nie znormalnieje i nie zacznie się uczyć jak wszyscy normalni (normalni?  hahaha) chłopcy w jego wieku, tylko taka przyszłość go czeka.



 - Sie ma stary oceanie – wesoło wykrzyknął Oleg otwierając drzwi na ościerz – wskakuj!
 - Hejka brachu! – odparł Siergiej i wskoczył.
 - Rozmiękczyłem je trochę winkiem – mrugnął porozumiewawczo okiem.

Siergiej wyszedł od Olega późnym wieczorem, maszerował do domu cały w skowronkach; tego dnia nawet okrutnik wiatr nie mógł  popsuć mu humoru. Upojony alkoholem i przyjemnymi wspomnieniami nie odczuwał zimna. Uwielbiał takie powroty do domu.

 Wewnątrz mieszkania panowały egipskie ciemności. Dziwne – pomyślał – matka jak to matka pewnie przesiaduje u jakiejś  znajomej. Ale ojciec? Zawsze o tej porze był w domu. Usłyszał cichutkie zgrzytniecie. Nie przejął się tym zbytnio  przyzwyczajony do różnych odgłosów – było to naturalne w każdym domu. Śmiał się na wspomnienie tego jaki lęk w nim  wywoływały, gdy był małym szkrabem. Myślał, że po domu chodzą okrutne potwory gotowe pożreć go, gdy tylko wyjdzie ze swojego  pokoju. Kiedyś nawet zlał się ze strachu do łóżka – coś stuknęło w ciemnościach, w rogu pokoju i po chwili leżał w mokrej  pościeli.
Intuicja podpowiadała, że tym razem coś jest jednak nie tak. Tylko co? Zdjął w pośpiechu buty i zapalił światło. Oczy  przodków spoglądały nań surowo z pożółkłych obrazów. Wbiegł po skrzypiących stopniach na piętro i Skierował się wprost do  łazienki – wiedział, że trzeba wykorzystać te chwile samotności by doprowadzić się do porządku po imprezce. Niedbale  wyszorował zęby, aby zabić zapach fajek i gorzałki, dla lepszego efektu przepłukał usta płynem antybakteryjnym. Długo mydlił  dłonie; starzy strasznie się o to palenie czepiali.
Usłyszał kolejne, tym razem wyraźniejsze, zgrzytnięcie. Postanowił sprawdzić skąd dobiega ów dźwięk – zaczynał już działać mu  na nerwy; za każdym razem miał wrażenie, że któreś z rodziców właśnie wróciło do domu. Wyszedł i zaczął nasłuchiwać. Cisza,  przez parę sekund, nieznośnie się dłużyła. Kolejne zgrzytnięcie – to z biura ojca – pewnie zapomniał zamknąć okno.  Pomieszczenie, w którym ojciec zwykł najczęściej rezydować, przypominało małą bibliotekę – po bokach stały ogromne regały  wypełnione księgozbiorem, między nimi okazałe mahoniowe biurko. Gdy wkroczył do środka ujrzał obraz, który będzie  się mu latami pojawiać w koszmarach sennych: przewrócone krzesło i wisielec… TATA! Wpatrujące się z niemym wyrzutem, nabiegłe  krwią oczy, wystający z ust siny język i zwisająca, zastygła stróżka śliny. obraz pociemniał jak gasnący w ciemnym  pomieszczeniu telewizor. Zemdlał.

Przebudził się w szpitalu z obandażowaną głową; założono dziewięć szwów. Początkowo niewiele pamiętał i nie do końca wiedział  dlaczego się tu znalazł, lecz z minuty na minutę pamięć w okrutny sposób przywoływała skrawki wydarzeń sprzed paru godzin,  wyświetlając je niczym makabryczne slajdy.

Wypisany został jeszcze tego samego dnia. Dwa dni później pogrzeb ojca. Do tej pory oboje z matką jakoś się trzymali. Za dnia mieli  mnóstwo formalności do załatwienia, lecz w nocy dali upust długo powstrzymywanym emocjom. Leżąc nocą w łóżku słyszał szloch dobiegający zza ściany, czuł się taki bezsilny, przepełniało go poczucie winy. Gdyby tamtego dnia wrócił  normalnie do domu…
To właśnie wtedy pierwszy raz w swe czułe objęcia wzięła go siostrzyczka Depresja. Niepozorny, zbuntowany nastolatek w ciągu  jednej nocy przemienił się w odpowiedzialnego, przygniecionego ciężarem życia, mężczyznę. Cierpienie matki sprawiło, iż z  dnia na dzień stał się wzorowym uczniem, jednym z tych grzecznych kujonków, którymi tak zawsze pogardzał. Wszystko to po to  by nie przysparzać matce dodatkowych zmartwień. Prosto ze szkoły gnał do domu i wyręczał ją w czym się tylko dało. Niewiele  go obchodziło, że dawni kumple odwrócili się od niego po tej metamorfozie, że się śmieją. Miał gdzieś durne zaczepki, jedynie  Oleg go wspierał.
 Najważniejsze było by matka odzyskała chęć do życia. Niestety było z nią coraz gorzej. Twarz, kiedyś pełna życia, teraz była  blada. Podkrążone i opuchnięte oczy straciły cały blask. Spojrzenie nieobecne – nie było nawet śladu po błyskających dawniej  wesołych iskierkach. Skryta, przygarbiona, milcząca, a przecież kiedyś była duszą towarzystwa. Nieukojony smutek odcisnął się  na jej zdrowiu ponurym piętnem. Nie upłynął nawet rok od śmierci ojca jak wykryto u niej raka, niestety w fazie terminalnej,  kilka miesięcy później umierała w okropnych męczarniach. Nie mógł nic zrobić; znowu tak cholernie bezsilny, przepełniony  poczuciem winy.


Nie był na to przygotowany. Przez ostatnie miesiące caly czas się okłamywał, cały czas miał nadzieję, nawet przez chwilę nie  dopuszczał do świadomości okrutnej prawdy. Teraz musiał wziąć sprawy w swoje ręce i zdecydować co dalej, z czego będzie żył.  Z ciężkim sercem sprzedał dom rodzinny. Nie miał żadnego wyboru.


Pieniędzy wystarczyło raptem na dwa lata. Na początku wydawało mu się, że jest bogaczem. Miał wrażenie, że te pieniądze  starczą na bardzo, BARDZO DŁUGO. Wynajął malutką kawalerkę. Pieniądze praktycznie przeciekały mu między palcami, na imprezki,  na panienki, na alkohol, wystawne obiadki w renomowanej restauracji. Głównie na trunki z procentami, którymi bezskutecznie  próbował zagłuszyć rozpacz po utracie rodziców.
Ani się obejrzał a na koncie były już tylko marne resztki. Przez prawie trzy dni nie wychodził z domu, przepełniony  bezbrzeżnym lękiem i poczuciem beznadziei. Godzinami leżał na łóżku gapiąc się w pożółkłą wytartą tapetę jakby w niej  znajdowało się rozwiązanie wszystkich jego problemów. Trzeciego dnia, w czwartek, w jego ogarniętym mrokiem umyśle pojawiło  się nikłe światełko nadziei na lepszą przyszłość. Aż się zdziwił że wcześniej na to nie wpadł.

Dilerka okazała się całkiem intratnym zajęciem. Szybko wkręcił się w odpowiednie środowisko. Dzięki sprytowi, obrotności i  instynktowi radził sobie całkiem przyzwoicie w tym interesie – zupełnie jakby los chciał mu wynagrodzić dotychczasowe  cierpienia. Skutkiem ubocznym nowego zajęcia były wyrzuty sumienia. Wielu znajomych wpakował w ten syf, ale przecież gdyby  nie on to kto inny by im to sprzedał. Gdy pojawiały się przykre myśli, przypominające swą natrętnością rój wygłodniałych  much, zbijał je kontrargumentem, że przecież los postawił go pod ścianą. Na znalezienie uczciwej roboty, przy obecnym  bezrobociu nie było na to nawet najmniejszej szansy. Z czasem coś w nim umarło i przestało przypominać mu o tym co jest dobre  a co złe. Przyzwyczaił się i zobojętniał.

Jego „terenem” było „Piekiełko”, znana moskiewska dyskoteka. To właśnie w niej poznał Sonię – delikatną, wrażliwą  blondyneczkę z rozbitej rodziny. Była inna niż spotykane każdego dnia laski. Sprawiała wrażenie małej zagubionej dziewczynki,  którą musiał się zaopiekować. Skromna, inteligentna – prawdziwy skarb na tle wyzywająco ubranych, wiecznie podpitych,  wulgarnych córeczek bogatych tatusiów, które się do niego przystawiały.

Jednak w głębi duszy zrodziło się w nim przeczucie, że to wszystko było zbyt cudowne, by mogło być prawdziwe.
Oboje byli po przejściach; szybko znaleźli wspólny język i stali się nierozłączną parą. Sonia wiedziała czym się zajmuje -  nie potępiała tego, wiedząc jakie są realia. Miała tylko nadzieję, że jeśli tylko nadarzy się okazja to Siergiej z tym  skończy.
Życie znowu nabrało jasnych kolorów, znowu miał po co żyć. Odnalazł się ten zagubiony sens trwania na tym świecie. Idylla  trwała zaledwie kilka miesięcy. Zaślepiony bezbrzeznym szczęściem i poczuciem spełnienia, nie zauważył powoli pojawiających  się pęknięć. Gdy tak trwał w niezachwianym przekonaniu, że los mu sprzyja, że nic złego już się nie wydarzy; przypomniał się  stary znajomy… Pech.


Żywot parszywy; okazało się, że jego jedyna, ukochana, najcudowniejsza kruszynka jest pieprzoną kurwą, suką, zdzirą, która  daje się posuwać jego najlepszemu przyjacielowi, Olegowi. Kutas nie przyjaciel! Miał ochotę ich pozabijać. Skończyło się na  połamanym nosie Olega i splunięciu dziwce w twarz.

Chlał na umór przez kilka dni zamieniając kawalerkę w ruinę. Budził się i zasypiał, oblepiony brunatnym kleistym potem,  dryfując po morzu czterdziestoparo procentowego alkoholu. Skóra zeskorupiała od niezliczonych spazmatycznych wyrzygnięć, w  ustach ohydny kapciowaty posmak i to palenie w żołądku. Gdy wyszedł z rozpaczliwego ciągu w mieszkaniu cuchnęło gorzej niż w  gorzelni. Po podłodze walały się puste butelki, pety – to cud, że pożaru nie było – i gdzieniegdzie zaschnięte, nie do końca  przetrawione rzygowiny; niechciana pamiątka z żołądka: zupki chińskie, kawałki ogórka, niezidentyfikowane mięsiwo, resztki  ryb, cuchnąca breja. W pijanym widzie zdemolował wszystko co się tylko dało połamać lub potłuc; prywatna apokalipsa. Zdychał  z wyczerpania leżąc na dywanie męczony najkoszmarniejszym kacem ze wszystkich dotąd przeżytych. Jego organizm składał się w  siedemdziesięciu procentach ze spirytusu; pocił się spirytusem, szczał spirytusem, nawet we łzach były procenty. Czuł się  wyprany z uczuć i chęci do życia. To wtedy postanowił po raz pierwszy przydragować. Może lepiej byłoby im tam gardła  popodrzynać, jak prosiakom, a potem palnąć sobie w łeb?  

CDN

  • RSS