cafemrok blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: ksiazka

Zawistun filmu Raven na motywach opowiadań Edgara Allana Poe.

*
Niedawno miała miejsce premiera nowej powieści Dawida Kaina. Jej fragment znajdziecie tu: KLIK!

*
Warto powalczyć o nową powieść Kazimierza Kyrcza Jr i Łukasza Radeckiego Lek na lęk. Na portalu Elizjon organizowany jest konkurs. KLIK!

*
Zajrzyjcie też na stronę Stefana Dardy, gdzie znajdziecie jego opowiadanie SŁOWO CZARNEGO.

*
Jeśli ktoś nie ma co oglądać, to może obejrzeć Stephena Kinga. Przez godzinę. W internecie pojawiło się godzinne nagranie z Savannah Book Festival 2012.
KLIK!

Ależ świetna informacja na Halloween. W internecie pojawiła się darmowa publikacja, dzięki której będzici mogli skutecznie wkręcić się w atmosferę grozy przed nadchodzącym świętem duchów.
Poniżej tralier:

i link do strony, z której można pobrać ebooka:
 KLIK!

Wydawnictwo: Rebis
ISBN: 9788373015722
Liczba stron: 400

Brytyjczyk ma kilka powieści, które są wyznacznikiem jego stylu. Choć wielu zalicza do nich też „Wyklętego”, nie zgodziłbym się z tym stwierdzeniem. Linia fabularna została poprowadzona nieco inaczej, niż w większości książek Mastertona. Tym razem nie zaczyna się od wielkiego BUM!, a fabuła prowadzona jest dość spokojnie i przywodzi bardziej na myśl prozę Kinga.

Poznajemy Johna Trentona w chwili, gdy utracił żonę Jane i sam zajmuje się skromnym biznesem – handluje antykami w Granitehead, niedaleko słynnego Salem. Nagle spotyka ducha Jane, który nie daje mu wytchnienia przez najbliższe kilka nocy. W tym samym okresie kupuje tajemniczą akwarelę, przedstawiającą słynny statek, po którym ktoś chce zatrzeć wszelkie ślady. Co mają wspólnego te dwie historie? Tego dowiecie się  w rozwinięciu powieści.

A zagłębić się w nią naprawdę warto, bo autor sprawnie przeplata ze sobą wątki. Mógłbym powiedzieć, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, ale nie ma odbiorcy uniwersalnego. Powiedzcie jednak sami: ghost story – jest, krwawa rzeź – jest, wątek romantyczny – jest, tło historyczne – jak najbardziej. Do tego można dodać świetne dialogi i niebanalne postaci. Czy potrzeba czegoś więcej?

Przyzwyczajonych do prozy Mastertona może zbulwersować fakt, że akcja toczy się na początku dość ospale. Zaręczam, że warto czekać na finał historii. Mimo wszystko zdarzają się tutaj sceny bez których fabuła nie straciłaby na wiarygodności, a nudy byłoby mniej. Większość z nich czyta się naprawdę przyjemnie, lecz dla tych, których najbardziej interesuje rozwiązanie głównej zagadki może to być uciążliwe.

Na pewno jest to powieść inna, niż te które masowo wychodzą spod palców Brytyjczyka. Jednocześnie książka zdobyła uznanie wśród fanów pisarza. Dla tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z Mastertonem pozycja obowiązkowa!

Okładka i tekst z okładki nowej książki Jakuba Żulczyka – jest to kontynuacja Zmorojewa.



Do niewielkiej wsi wyruszaja dziesiątki pielgrzymów. Charyzmatyczny
uzdrowiciel twierdzi, że może uleczyć każdego. W Świątyni nie wszystko
jednak jest takie, jakie się wydaje…


Tymczasem w życiu Anki pojawia się troje tajemniczych nieznajomych.
Trzymają się razem, o ich przeszłości krążą niestworzone historie. Anka
wpakuje się w kłopoty, to pewne. Pomóc jej będzie mógł tylko Tytus
Grójecki, fanatyk horrorów, gier komputerowych i zjawisk
nadprzyrodzonych. Czy zdoła ocalić dziewczynę, którą kocha?

*
Po 11 cięciach nadchodzi 15 blizn, w którym obok światowych gigantów staną ponownie polscy autorzy.

*
 Kilka wieści ze stajni Mastertona:
- Brytyjczyk pojawi się w Polsce między 2-6 listopada i odwiedzi Kraków i Warszawę
- Jego obszerna biografia autorstwa Pocztarka i Cichowlasa zmienia tytuł na: Graham Masterton – twarzą w twarz z mistrzem horroru.
Tytułu bym się nie czepiał. Wątlpliwości mam co do okładki…
- Albatros wyda:

Dziewiąty Koszmar – 28 października,
Władcy Przestworzy – 4 listopada i
Drapieżcy – 17 listopada.

*
Trwa ekranizacja, bardzo dobrej moim zdaniem, powieści Stephena Kinga Worek Kości. Reżyserią zajmie się Mick Garris.

Wydawnictwo: Powergraph
ISBN:978-83-61187-20-2

Liczba stron: 240



Niech nie zmyli Was tytuł, który wskazuje na romans kobiecą ręką szyty i różne fochy z przytupem. Co innego reprezentuje okładka, przedstawiająca twarz, zakutą w lodzie, tak jak człowiek uwięziony jest we własnym ciele. I to ten właściwy trop! Autor „Wiecznego Grunwaldu” swoim zbiorem opowiadań otwiera nową serię wydawnictwa Powergraph, która ma być zdominowana przez prozę niezwykła i nie dającą się zaszufladkować. Trzeba przyznać, że poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko.

Zbiór ten jest tematyczny, a zagadnieniem spajającym w całość poszczególne historie jest cielesność człowieka. Trzeba przyznać, że autor miał niebanalny pomysł na ugryzienie zagadnienia, bo opowiadania są naprawdę różne. „Gerd” to zwierzenia starego Ślązaka, zmęczonego życiem i skutkami psychicznymi wojny, „Masara” opowiada historię prześladowanej w szkole dziewczyny (moim skromnym zdaniem opowiadanie zasłużyło na lepszą końcówkę – reszta jest świetna), a „Dwie przemiany Włodzimierza Kulczyka” wprowadzają nas w świat nieudacznika, którego życie przewraca się do góry nogami. To te najlepsze teksty, a pozostałe również trzymają wysoki poziom.

Może z opowiadań Twardocha nie bije blask oryginalności, ale naprawdę nie sposób się od nich oderwać. Jest to na pewno zasługa języka, który jest chaotyczny (przywodzący na myśl Gąbrowicza, lub Kerouaca) i często wystylizowany na daną grupę społeczną. Urywane fragmenty zdań, krótkie wtrącenia i żonglowanie scenami wymagają od czytelnika ciągłego skupienia. To dobrze, bo obietnica prozy nietuzinkowej nie była tylko czczym gadaniem.

Polecam książkę każdemu, kto lubi eksperymentować ze słowem pisanym, albo szuka „tej drugiej” strony horroru. Myślę, że spodoba się też fanom prozy Jacka Ketchuma, który to psychikę ludzką postrzega, jako rzecz najstraszniejszą. Polecam również tym, którzy chcą dostać polski horror w twardej okładce. Powodów jest sporo! Zachęcam do czytania!

Wydawnictwo: Nisza
ISBN:978-83-62795-00-0

Liczba stron:
166



Dawid Kain na swoim blogu był ostatnio zaskoczony jeszcze jedną recenzją Gęby w niebie. Postanowiłem zadziwić go jeszcze bardziej i spłatać figla kolejną opinią. Powyższy tytuł jest drugą powieścią w dorobku autora, zaraz po „prawym, lewym, złamanym” i został wyróżniony w konkursie Igrzyska Literackie w kategorii na najlepszą powieść. W moim prywatnym rankingu otrzymuje Grand Prix Hols, bo to najlepsza książka jaką czytałem dotychczas w wakacje.

A co my tutaj mamy? Oto wizja świata, który czai się za rogiem – już kilka lat przed nami. Wszyscy poprawiają swoje ciała, legalnie aplikują sobie narkotyki i czytają gówno warte powieści. Głupotę masy próbuje wykorzystać Filip, handlujący dotychczas figurkami katolickimi itp. nabijaczami kont. Przypadkiem napotyka on Marka – śmietnikowego kaznodzieję, który czyni prawdziwe cuda. Postanawia zrobić z niego przywódcę nowej religii. W całym przedsięwzięciu dość biernie pomaga mu sfrustrowany swoją nieudolnością pisarz Jan.

Fabuła jest niezmiernie ciekawa, ale podobnie interesujący jest język, którym przystrojona została powieść. Narrator prowadzi dialog z czytelnikami nie tylko na poziomie merytorycznym, ale też dosłownie – „ani mi się ważcie odchodzić od tych kartek”. To bawi, a jednocześnie naprawdę nie chce się „odchodzić od tych kartek”.

Płytkość postaci została nakreślona naprawdę głęboko. Jakkolwiek dziwacznie to brzmi, tak jest w istocie. Każdy ma ciekawą przeszłość, która niewiele znaczy na przestrzeni rozwoju fabuły, ale pomaga ocenić bohaterów. Wykorzystanie ulicznego proroka nowej religii udało się autorowi znakomicie. Dawid Kain wiernie odtworzył psychologię tłumu, który, swoją drogą, jest ostatnio coraz podatniejszy na manipulacje.

Całość stanowi rzecz godną polecenia. Jedyne do czego można się przyczepić to zakończenie. Przewracając kolejne strony, podsycały i nadymały się moje oczekiwania, lecz zamiast donośnego BUM, wyszło przeciągłe pfrrr…, jak po puszczeniu niezawiązanej szyjki balona. Zmiana poglądów Filipa co do Marka nastąpiła zbyt szybko, przez co nie wiadomo osowglechosi. Ważne wątki nie zostały wyjaśnione, a niektóre postaci całkowicie pominięte w ostatecznym rozrachunku. Ale to też pozytywnie świadczy o  wcześniejszych stronach powieści. Aż chciałoby się poznać dalsze losy niektórych postaci.

Tak, czy inaczej – warto
!

Wydawnictwo: FuKang
ISBN:978-83-922634-8-7

Liczba stron: 136



Kazimierz Kyrcz Jr. lubi straszyć w duetach, Dawid Kain różnie, ale jak się już spotkają to wychodzi z tego zawsze… zbiorek opowiadań. I to już trzeci we wspólnej karierze obu pisarzy.

Zanim przejdę do tego co tygryski lubią najbardziej, trochę o wydaniu zbiorku, gdyż to mój pierwszy kontakt z wydawnictwem FUKANG. Okładka jest po prostu wspaniała. Dużo na niej (modnego ostatnio) różu, ale dzięki umiejętnemu żonglowaniem kontrastem nie ma obciachu. Kicz jest, jak najbardziej, ale wielce zamierzony! W środku szału nie ma, koszmar dla oczu – literki malutkie jak krasnale, ale w zgodzie z formatem. Zbiór ten to nie żadne tomisko, wręcz przeciwnie – można spokojnie brać na plażę.

Wszystkie opowiadania w Chorym, chorszym, trupie miał łączyć wspólny wątek – choroby psychicznej. Napisałem „miał”, bo choć w niektórych jest on dość dobrze zarysowany, tak gdzie indziej tego nie widać. Ponadto, jeżeli autorzy zdecydowali się na jeden temat, to powinno to wyrównać poziom tekstów. Moim zdaniem tak nie jest. Kilka opowiadań jest naprawdę świetnych: Wybierz swoją chorobę – wariacja na temat roli weny w życiu pisarza, Na wysypisku – pojawiające się części ciała przekleństwem samotnika, czy Mała miss – wizja odmłodzonego społeczeństwa. Zdarzyły się też takie, których treść zapomniałem zaraz po przeczytaniu: El hombre invisible (ciekawy jestem, czy tytuł został zaczerpnięty z Pedała W.S. Bourroughsa?), czy Ciernie kiełkujące w tobie. Moim zdaniem to opowiadania nijakie – godne opublikowania w internecie, ale nie na papierze. Ale to tylko dwie wpadki, a zabawy dostarcza pozostałe jedenaście tekstów!

Autorzy zbiorku zgodnie twierdzą, co rzuca się w oczy, że mieli podczas pracy naprawdę świetną zabawę. To widać! Atmosfera psychodeli daje się odczuć po przeczytaniu niemal każdego z opowiadań. W końcu książka ma być prequelem do pojawiającego się na naszym rynku dziwnego gatunku bizarro.

Myślę, że z czystym sumieniem mogę polecić ten tomik na wakacje. Bo wtedy można zapomnieć o dniu codziennym, wyrwać się z szarości świata – i w tym pomoże wam Chory, chorszy, trup. Ale bez odpowiedniego nastawienia, na prawdziwą wkrętę mogą liczyć tylko fani tak odważnego stylu.

Dawid Kain nie próżnuje. Ostatnio jest baaardzo aktywny. Ledwo wydał zbiór opowiadań „Chory, chorszy, trup” (wspólnie z Kazimierzem Kyrczem; postaram sie go niedługo zrecenzować), a już zapowiedział dwie nowe książki:
-za pięć rewolta wyd. Nisza
- Punkt wyjścia wyd. Oficynka KLIK!

*

Wyszedł nowy Grabarz Polski pełen fajnych renezji, artykułów z niefajnym horroskopem K.T. Dąbrowskiego.

*

Niżej fragmenty dzieła Troya Nixeya, na podstawie scenariusza Guilermo del Toro, Matthew Robbinsa i Nigel McKeand.


*

Izabela Szolc, Magdalena Kałużyńska, Katarzyna Rogińska, Katarzyna
Szewczyk, Łukasz Orbitowski, Jacek Skowroński, Krzysztof Maciejewski,
Kazimierz Kyrcz, Bartosz Czartoryski, Robert Cichowlas, Łukasz Śmigiel i
Dawid Kain.
Opowiadania tych wszystkich pisarzy znajdziecie w antologii, jaką przygotowało wydawnictwo Oficynka z okazji Halloween. Zgadnijcie, zatem, jaki tytuł?

Oprócz kiczowatej okładki Efemerydy, dzieła wychodzące spod rąk oficynkowych grafików naprawdę trafiają w moje gusta.

Wydawnictwo: Otwarte
ISBN:978-83-7515-019-3

Liczba stron: 320



Naprawdę ciężko ocenić tę książkę, uwierzcie mi! Bo choć autor wie, jak pisze się horror (zajął drugie miejsce w konkursie na opowiadanie grozy, organizowanym przez Nową Fantastykę), to tu zawarł jej bardzo mało. Jest to raczej kryminał historyczny z gęstniejącą przy zakończeniu atmosferą grozy.

I jeszcze jedno! Książka pisana jest dla poliglotów – znających zarówno polski, rosyjski, niemiecki, angielski i łacinę. Pozostałe, wąziutkie jak dupa węża, grono czytelników musi obracać raz za razem kartki, żeby dowiedzieć się, o czym ci ludzie gadają. Jakiś geniusz bowiem (nie wiem, czy sam autor, czy redaktor) wymyślił sobie, żeby tłumaczenia obcych zwrotów (i to jeszcze nie wszystkich!) dać na końcu książki. Zapytam: a czemu nie pod spodem, albo w nawiasie w tekście?

Muszę spełnić recenzencki obowiązek, więc krótko o fabule. Julian Basowski chce wrócić na rosyjskie salony, więc musi rozwiązać sprawę brutalnych mordów żołnierzy na Litwie. W tle rozgrywa się powstanie styczniowe, w sercu bohatera i jego kompanów rozterki, bo przecież służy carowi. I na dokładkę tajemnicze sny

Cechą dobrego pisarza jest umiejętność takiego dobrania tekstu, że uderza w czuły punkt czytelnika tak, że potrafi go zainteresować. Moim zdaniem Marek Świerczek źle dobrał takie fragmenty, albo nie zajął się tym wcale – po prostu napisał wszystko, co chciał napisać. I pochwalił się swoją znajomością  Żeromskiego i poezji, nawiązał do historycznych postaci, podumał nad losem Polaków. Tylko, że zabrakło w tym wszystkim sensu i wyczucia.

Oczywiście nie mogę wysnuć samych zarzutów. Poza niektórymi dłużyznami powieść czyta się naprawdę znośnie. Kilka prawd wygłoszonych przez Basowskiego i jego kompanów jest całkiem trafnych (a kilka banalnie śmiesznych). Fajnie zarysowane postaci męskie – chleją, biją się i zabijają. Odjazd!

Na zakończenie trochę o zakończeniu. Kiedy dotarłem do ostatniego zdania książki, otworzyłem usta ze zdziwienia. Po pierwsze rozwiązania zagadki domyśliłem się pięćdziesiąt stron wcześniej, po drugie mało który wątek został zamknięty, po trzecie te wszystkie sny Basowskiego (które były swoją drogą ładnie napisane) na nic się nie przydały! Banał, banał, wielki banał.

Trochę szkoda mi tej książki. Mimo prostej intrygi, można było ją zgrabnie pociągnąć. Naprawdę żałuję, bo to mogła być cholernie dobra pozycja…

Wydawnictwo: Albatros
ISBN:978-83-7359-435-7

Liczba stron:
400

Cafemrok to blog o literaturze grozy i w takim gatunku specjalizuje się Dean Koontz. Pragnę omówić tym razem książkę z pogranicza literatury horroru, po prostu thriller.

Amerykański pisarz jest specjalistą w nagłych zwrotach akcji i niebanalnych pomysłach. Tym razem postanowił swoje atuty przedstawić w książce pod niewinnym tytułem „Prędkosć”. Opowiada ona o losach Billego Wilesa, niedoszłego pisarza, pracującego aktualnie w tawernie. Pewnego dnia bohater dostaje tajemniczy liścik o treści wyjawionej przez wydawcę na okładce. Brzmi on tak:
Jeżeli nie przekażesz tego listu policji, zabiję uroczą blond nauczycielkę. Jeżeli przekażesz ten list policji, zabiję zamiast tego starszą panią. Masz sześć godzin na podjęcie decyzji.

List pozostawiony za wycieraczką wydaje się Billemu głupim żartem. Z dwojga złego, wybiera kompromis i konsultuje się ze swoim przyjacielem policjantem, aczkolwiek nieoficjalnie. Niestety, wkrótce okazuje się, że to nie jest dowcip. Giną nie tylko przypadkowe ofiary, ale także jego najbliżsi.

Fabuła, mimo tego, iż wydaje się znajoma daje się naprawdę porwać. Tym bardziej, że historia jest naprawdę dobrze opowiedziana; z odpowiednią ilością akcji i rozważań tam gdzie tego potrzeba. Autor stopniowo przybliża nam przeszłość Billego i jej kształtowanie się w czasie. Wzrusza jego ciężkim dzieciństwem, śmieszy zabawnymi tekstami, ale też straszy… Przede wszystkim brutalnymi scenami walk między bohaterem, a szaleńczym mordercą. Pisarz porusza wiele tematów, wśród nich zagadnienie eutanazji, tak bardzo ostatnio popularne. Ustosunkowuje się do niego w dość radykalny sposób, aczkolwiek pewne argumenty pozostawia czytelnikowi do indywidualnego rozważenia. Dean Koontz stosuje w swojej powieści wiele aforyzmów z dzieł T.S. Eliota. Szczerze mówiąc, zdziwiłem się czytając o tym notkę na końcu książki. Myślałem, że to właśnie autor popisał się zręcznością w składaniu takich mądrych sentencji.

Kolejnym minusem jest fakt, iż w środku książki, jakby zabrakło pomysłu na dalszy rozwój zdarzeń. Billy, wręcz bawi się z zabójcą przerzucając martwe ciała z miejsca na miejsce. Nic z tego nie wynika, a po kilku takich opisach staje się irytujące.

Nie rozdrabniając się już więcej mogę rzec tylko, że książkę polecam szczególnie tym, którzy chcą odetchnąć od ciągłej grozy. Ubolewam także nad faktem, że w moim rodzimym kraju, ciągle tak mało osób zna tego fantastycznego pisarza. Polecam zapoznać się z twórczością Koontza, porównywanego ze Stephene Kingiem. Choć to zupełnie inny klimat, można się wciągnąć w niezwykle barwne historie.


  • RSS