cafemrok blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: recenzja


Gatunek:
Thriller/Horror
Reżyseria: Gabe Ibáñez;
Scenariusz: Javier Gallon
Rok produkcji: 2009;
Produkcja: Hiszpania


Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak często dajemy się wodzić za nos stereotypom. A one są wśród nas, otaczają nas zewsząd i wchodzą nam za kołnierze. Niektóre z nich powstały dopiero niedawno, prawda? Jak na przykład ten, że Hiszpanie kręcą horrory dobre. I właśnie podobny trend zaciągnął mnie przed ekran na seans nowego filmu Gabe Ibaneza – hiszpańskiego twórcę… reklam!

Historia matki i syna. Syn nie chciał się bawić w chowanego. Dlaczego? Bo bał się, że mama go nie znajdzie. I właśnie! Podczas podróży na pewną wyspę – Hierro, na której mają spędzić w odosobnieniu wakacje, chłopczyk ginie. Matka nie może pogodzić się z tragedią. Nie wieży, że ciało odnalezione w morzu należy do Antonia. Rozpoczyna śledztwo, w którym okazuje się, że nie tylko ona straciła na wyspie dziecko…

Na ekranie, podczas seansu pojawia się wiele strasznych, mrocznych i klimatycznych scen. Jednak od początku można zauważyć, że reżyserowi chodzi o to, abyśmy skupili się i wczuli w strach matki zaginionego chłopca. To jej lęki są tu wyszczególnione. Niestety, moim zdaniem jak na horror to mało. Starczyłoby na dramat psychologiczny (choć może Wyspa zaginionych do takiego aspiruje? ), ostatecznie thriller. Niestety jako horror film wypada zaklasyfikować do kategorii light.

Opakowanie wizualne jest naprawdę świetne i rekompensuje w części prostolinijność fabuły. Zdjęcia naturalnej przyrody wyspy i potęgi wody zasługują na najwyższe noty. To głównie dzięki nim w filmie zostaje zbudowany tak nietuzinkowy klimat.

Film jest oszczędny jeżeli chodzi o liczbę aktorów, lecz ci, którzy się pojawiają, spisują się znakomicie. Prym wiedzie oczywiście Elena Anaya. Szczerze mówiąc, myślałem, że jej zadaniem będzie tylko „wyglądać”, lecz okazało się, że jest bardzo utalentowaną aktorką. Patrzymy na jej postać niemal cały czas, więc Elena mogła ukazać całe spektrum emocji. Robi to i to w wielkim stylu.

Wyspa zaginionych powtarza po Sierocińcu motyw matki i dziecko. Niestety robi to bardziej łopatologicznie i za mało strasznie. Mimo wszystko da się tu znaleźć elementy warte polecenia. Powtórzę jeszcze raz: zdjęcia są naprawdę świetne!
A wracając do stereotypów… No tak, Hiszpanie kręcą dobre horrory.
Ale średnie też.

Wydawnictwo: Rebis
ISBN: 9788373015722
Liczba stron: 400

Brytyjczyk ma kilka powieści, które są wyznacznikiem jego stylu. Choć wielu zalicza do nich też „Wyklętego”, nie zgodziłbym się z tym stwierdzeniem. Linia fabularna została poprowadzona nieco inaczej, niż w większości książek Mastertona. Tym razem nie zaczyna się od wielkiego BUM!, a fabuła prowadzona jest dość spokojnie i przywodzi bardziej na myśl prozę Kinga.

Poznajemy Johna Trentona w chwili, gdy utracił żonę Jane i sam zajmuje się skromnym biznesem – handluje antykami w Granitehead, niedaleko słynnego Salem. Nagle spotyka ducha Jane, który nie daje mu wytchnienia przez najbliższe kilka nocy. W tym samym okresie kupuje tajemniczą akwarelę, przedstawiającą słynny statek, po którym ktoś chce zatrzeć wszelkie ślady. Co mają wspólnego te dwie historie? Tego dowiecie się  w rozwinięciu powieści.

A zagłębić się w nią naprawdę warto, bo autor sprawnie przeplata ze sobą wątki. Mógłbym powiedzieć, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, ale nie ma odbiorcy uniwersalnego. Powiedzcie jednak sami: ghost story – jest, krwawa rzeź – jest, wątek romantyczny – jest, tło historyczne – jak najbardziej. Do tego można dodać świetne dialogi i niebanalne postaci. Czy potrzeba czegoś więcej?

Przyzwyczajonych do prozy Mastertona może zbulwersować fakt, że akcja toczy się na początku dość ospale. Zaręczam, że warto czekać na finał historii. Mimo wszystko zdarzają się tutaj sceny bez których fabuła nie straciłaby na wiarygodności, a nudy byłoby mniej. Większość z nich czyta się naprawdę przyjemnie, lecz dla tych, których najbardziej interesuje rozwiązanie głównej zagadki może to być uciążliwe.

Na pewno jest to powieść inna, niż te które masowo wychodzą spod palców Brytyjczyka. Jednocześnie książka zdobyła uznanie wśród fanów pisarza. Dla tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z Mastertonem pozycja obowiązkowa!

Wydawnictwo: Powergraph
ISBN:978-83-61187-20-2

Liczba stron: 240



Niech nie zmyli Was tytuł, który wskazuje na romans kobiecą ręką szyty i różne fochy z przytupem. Co innego reprezentuje okładka, przedstawiająca twarz, zakutą w lodzie, tak jak człowiek uwięziony jest we własnym ciele. I to ten właściwy trop! Autor „Wiecznego Grunwaldu” swoim zbiorem opowiadań otwiera nową serię wydawnictwa Powergraph, która ma być zdominowana przez prozę niezwykła i nie dającą się zaszufladkować. Trzeba przyznać, że poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko.

Zbiór ten jest tematyczny, a zagadnieniem spajającym w całość poszczególne historie jest cielesność człowieka. Trzeba przyznać, że autor miał niebanalny pomysł na ugryzienie zagadnienia, bo opowiadania są naprawdę różne. „Gerd” to zwierzenia starego Ślązaka, zmęczonego życiem i skutkami psychicznymi wojny, „Masara” opowiada historię prześladowanej w szkole dziewczyny (moim skromnym zdaniem opowiadanie zasłużyło na lepszą końcówkę – reszta jest świetna), a „Dwie przemiany Włodzimierza Kulczyka” wprowadzają nas w świat nieudacznika, którego życie przewraca się do góry nogami. To te najlepsze teksty, a pozostałe również trzymają wysoki poziom.

Może z opowiadań Twardocha nie bije blask oryginalności, ale naprawdę nie sposób się od nich oderwać. Jest to na pewno zasługa języka, który jest chaotyczny (przywodzący na myśl Gąbrowicza, lub Kerouaca) i często wystylizowany na daną grupę społeczną. Urywane fragmenty zdań, krótkie wtrącenia i żonglowanie scenami wymagają od czytelnika ciągłego skupienia. To dobrze, bo obietnica prozy nietuzinkowej nie była tylko czczym gadaniem.

Polecam książkę każdemu, kto lubi eksperymentować ze słowem pisanym, albo szuka „tej drugiej” strony horroru. Myślę, że spodoba się też fanom prozy Jacka Ketchuma, który to psychikę ludzką postrzega, jako rzecz najstraszniejszą. Polecam również tym, którzy chcą dostać polski horror w twardej okładce. Powodów jest sporo! Zachęcam do czytania!

Wydawnictwo: Nisza
ISBN:978-83-62795-00-0

Liczba stron:
166



Dawid Kain na swoim blogu był ostatnio zaskoczony jeszcze jedną recenzją Gęby w niebie. Postanowiłem zadziwić go jeszcze bardziej i spłatać figla kolejną opinią. Powyższy tytuł jest drugą powieścią w dorobku autora, zaraz po „prawym, lewym, złamanym” i został wyróżniony w konkursie Igrzyska Literackie w kategorii na najlepszą powieść. W moim prywatnym rankingu otrzymuje Grand Prix Hols, bo to najlepsza książka jaką czytałem dotychczas w wakacje.

A co my tutaj mamy? Oto wizja świata, który czai się za rogiem – już kilka lat przed nami. Wszyscy poprawiają swoje ciała, legalnie aplikują sobie narkotyki i czytają gówno warte powieści. Głupotę masy próbuje wykorzystać Filip, handlujący dotychczas figurkami katolickimi itp. nabijaczami kont. Przypadkiem napotyka on Marka – śmietnikowego kaznodzieję, który czyni prawdziwe cuda. Postanawia zrobić z niego przywódcę nowej religii. W całym przedsięwzięciu dość biernie pomaga mu sfrustrowany swoją nieudolnością pisarz Jan.

Fabuła jest niezmiernie ciekawa, ale podobnie interesujący jest język, którym przystrojona została powieść. Narrator prowadzi dialog z czytelnikami nie tylko na poziomie merytorycznym, ale też dosłownie – „ani mi się ważcie odchodzić od tych kartek”. To bawi, a jednocześnie naprawdę nie chce się „odchodzić od tych kartek”.

Płytkość postaci została nakreślona naprawdę głęboko. Jakkolwiek dziwacznie to brzmi, tak jest w istocie. Każdy ma ciekawą przeszłość, która niewiele znaczy na przestrzeni rozwoju fabuły, ale pomaga ocenić bohaterów. Wykorzystanie ulicznego proroka nowej religii udało się autorowi znakomicie. Dawid Kain wiernie odtworzył psychologię tłumu, który, swoją drogą, jest ostatnio coraz podatniejszy na manipulacje.

Całość stanowi rzecz godną polecenia. Jedyne do czego można się przyczepić to zakończenie. Przewracając kolejne strony, podsycały i nadymały się moje oczekiwania, lecz zamiast donośnego BUM, wyszło przeciągłe pfrrr…, jak po puszczeniu niezawiązanej szyjki balona. Zmiana poglądów Filipa co do Marka nastąpiła zbyt szybko, przez co nie wiadomo osowglechosi. Ważne wątki nie zostały wyjaśnione, a niektóre postaci całkowicie pominięte w ostatecznym rozrachunku. Ale to też pozytywnie świadczy o  wcześniejszych stronach powieści. Aż chciałoby się poznać dalsze losy niektórych postaci.

Tak, czy inaczej – warto
!

Wydawnictwo: FuKang
ISBN:978-83-922634-8-7

Liczba stron: 136



Kazimierz Kyrcz Jr. lubi straszyć w duetach, Dawid Kain różnie, ale jak się już spotkają to wychodzi z tego zawsze… zbiorek opowiadań. I to już trzeci we wspólnej karierze obu pisarzy.

Zanim przejdę do tego co tygryski lubią najbardziej, trochę o wydaniu zbiorku, gdyż to mój pierwszy kontakt z wydawnictwem FUKANG. Okładka jest po prostu wspaniała. Dużo na niej (modnego ostatnio) różu, ale dzięki umiejętnemu żonglowaniem kontrastem nie ma obciachu. Kicz jest, jak najbardziej, ale wielce zamierzony! W środku szału nie ma, koszmar dla oczu – literki malutkie jak krasnale, ale w zgodzie z formatem. Zbiór ten to nie żadne tomisko, wręcz przeciwnie – można spokojnie brać na plażę.

Wszystkie opowiadania w Chorym, chorszym, trupie miał łączyć wspólny wątek – choroby psychicznej. Napisałem „miał”, bo choć w niektórych jest on dość dobrze zarysowany, tak gdzie indziej tego nie widać. Ponadto, jeżeli autorzy zdecydowali się na jeden temat, to powinno to wyrównać poziom tekstów. Moim zdaniem tak nie jest. Kilka opowiadań jest naprawdę świetnych: Wybierz swoją chorobę – wariacja na temat roli weny w życiu pisarza, Na wysypisku – pojawiające się części ciała przekleństwem samotnika, czy Mała miss – wizja odmłodzonego społeczeństwa. Zdarzyły się też takie, których treść zapomniałem zaraz po przeczytaniu: El hombre invisible (ciekawy jestem, czy tytuł został zaczerpnięty z Pedała W.S. Bourroughsa?), czy Ciernie kiełkujące w tobie. Moim zdaniem to opowiadania nijakie – godne opublikowania w internecie, ale nie na papierze. Ale to tylko dwie wpadki, a zabawy dostarcza pozostałe jedenaście tekstów!

Autorzy zbiorku zgodnie twierdzą, co rzuca się w oczy, że mieli podczas pracy naprawdę świetną zabawę. To widać! Atmosfera psychodeli daje się odczuć po przeczytaniu niemal każdego z opowiadań. W końcu książka ma być prequelem do pojawiającego się na naszym rynku dziwnego gatunku bizarro.

Myślę, że z czystym sumieniem mogę polecić ten tomik na wakacje. Bo wtedy można zapomnieć o dniu codziennym, wyrwać się z szarości świata – i w tym pomoże wam Chory, chorszy, trup. Ale bez odpowiedniego nastawienia, na prawdziwą wkrętę mogą liczyć tylko fani tak odważnego stylu.


Gatunek:
Akcja
Reżyseria: Zack Snyder;
Scenariusz: Zack Snyder, Steve Shibuya
Rok produkcji: 2011;
Produkcja: USA


Film recenzuję dopiero teraz, gdyż czekałem na rozszerzoną wersję na DVD. Zack Snyder musiał wyciąć drażliwsze sceny do kin, by dostać kategorię wiekową pozwalającą młodszym widzom fascynować się laskami w mini odstrzeliwującym co popadnie i komu popadnie.

Fabuła jest zakręcona i, co najważniejsze, nie ma właściwie żadnego znaczenia. BabyDoll trafia z woli ojczyma do szpitala psychiatrycznego. Jest to równocześnie (bo akcja toczy się na trzech poziomach świadomości) burdel, którym zarządza niejaki Blue. Dziewczyna posiada umiejętnośc takiego oczarowania widzów swoim tańcem, że ci zapominają o Bożym świecie. Wtedy przenosi siebie i swoje kompanki (Rocket, Sweat Pea, Amber i Blondi) do rozmaitych światów rąbanki. (ale rym :P )

Wizualnie jest tak, jak na Zacka Snydera przystało – świetnie. Ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Po raz kolejny reżyser udowodnił, że jest także mistrzem łączenia obrazu z dźwiękiem. Ścieżka dźwiękowa do filmu zachwyca, a połączona z obrazem stanowi orgię kinomana. Gorzej niestety jest z fabułą…

Rozumiem te wszystkie psychodeliczne zagrywki, jednak warto byłoby w filmie zaznać trochę typowego dla szpitali psychiatrycznych niepokoju. Nie! Tu wszystko pokazane jest od początku do końca, jakby Snyder traktował swoich widzów jak idiotów. Przez to nie można odczuć sympatii niemal do żadnej z dziewczyn. Najbardziej przypadły mi do gustu kreacje BabyDoll i Sweat Pea – były najbardziej wyraziste, choć i to był zabieg łopatologiczny.

Podobnie najmocniejszą stronę filmu stanowi początek. Wspaniały prolog  z coverem Sweet Dreams zapowiada znakomity spektakl. Tak jednak nie jest. Dziewczyny w skąpych wdziankach przenoszą się do różnych światów i toczą zaciekłe boje z różnorodnymi przeciwnikami. Nie powiem, sceny są bardzo ładne i jako osobny film z pewnością przypadłyby mi do gustu. Jednak w połączeniu z wątkiem ucieczki od oprawcy, wypadają blado. Po prostu taki miszmasz, gdzie miało być wszystko a wyszło nic.

Miłośnikom zapomnienia się na Sali kinowej, popcornu i ostrej jazdy film mogę polecić podwójnie. Zabawa jest przednia, jeżeli zechcemy wyłączyć mózg. Ci, którzy szukają sentymentalnej zabawy, rodem z Watchmanów, powinni sobie darować…

Wydawnictwo: Otwarte
ISBN:978-83-7515-019-3

Liczba stron: 320



Naprawdę ciężko ocenić tę książkę, uwierzcie mi! Bo choć autor wie, jak pisze się horror (zajął drugie miejsce w konkursie na opowiadanie grozy, organizowanym przez Nową Fantastykę), to tu zawarł jej bardzo mało. Jest to raczej kryminał historyczny z gęstniejącą przy zakończeniu atmosferą grozy.

I jeszcze jedno! Książka pisana jest dla poliglotów – znających zarówno polski, rosyjski, niemiecki, angielski i łacinę. Pozostałe, wąziutkie jak dupa węża, grono czytelników musi obracać raz za razem kartki, żeby dowiedzieć się, o czym ci ludzie gadają. Jakiś geniusz bowiem (nie wiem, czy sam autor, czy redaktor) wymyślił sobie, żeby tłumaczenia obcych zwrotów (i to jeszcze nie wszystkich!) dać na końcu książki. Zapytam: a czemu nie pod spodem, albo w nawiasie w tekście?

Muszę spełnić recenzencki obowiązek, więc krótko o fabule. Julian Basowski chce wrócić na rosyjskie salony, więc musi rozwiązać sprawę brutalnych mordów żołnierzy na Litwie. W tle rozgrywa się powstanie styczniowe, w sercu bohatera i jego kompanów rozterki, bo przecież służy carowi. I na dokładkę tajemnicze sny

Cechą dobrego pisarza jest umiejętność takiego dobrania tekstu, że uderza w czuły punkt czytelnika tak, że potrafi go zainteresować. Moim zdaniem Marek Świerczek źle dobrał takie fragmenty, albo nie zajął się tym wcale – po prostu napisał wszystko, co chciał napisać. I pochwalił się swoją znajomością  Żeromskiego i poezji, nawiązał do historycznych postaci, podumał nad losem Polaków. Tylko, że zabrakło w tym wszystkim sensu i wyczucia.

Oczywiście nie mogę wysnuć samych zarzutów. Poza niektórymi dłużyznami powieść czyta się naprawdę znośnie. Kilka prawd wygłoszonych przez Basowskiego i jego kompanów jest całkiem trafnych (a kilka banalnie śmiesznych). Fajnie zarysowane postaci męskie – chleją, biją się i zabijają. Odjazd!

Na zakończenie trochę o zakończeniu. Kiedy dotarłem do ostatniego zdania książki, otworzyłem usta ze zdziwienia. Po pierwsze rozwiązania zagadki domyśliłem się pięćdziesiąt stron wcześniej, po drugie mało który wątek został zamknięty, po trzecie te wszystkie sny Basowskiego (które były swoją drogą ładnie napisane) na nic się nie przydały! Banał, banał, wielki banał.

Trochę szkoda mi tej książki. Mimo prostej intrygi, można było ją zgrabnie pociągnąć. Naprawdę żałuję, bo to mogła być cholernie dobra pozycja…


Gatunek:
Dramat
Reżyseria: Jan Komasa;
Scenariusz: Jan Komasa
Rok produkcji: 2011;
Produkcja: Polska!


Rzadko w Polsce powstają produkcje grozy. Musimy się więc chwytać każdej produkcji, która choćby zahacza o interesujący nas gatunek. Jak to z polską kinematografią jest, każdy wie. Najważniejsze, że widać światełko w tunelu.

Najgorszy w całym filmie jest pełen sprzeczności opis dystrybutora. Według niego Dominik jest zwyczajnym chłopakiem jeżdżącym do szkoły prywatną limuzyną. Cóż, zatem mam błędne wyobrażenie normalnego chłopaka, ale w moim mieście musi ich być naprawdę niewielu. Wspomniany Dominik radzi sobie w szkole całkiem dobrze, ma znajomych i kochających rodziców. Wszystko zmienia się po jego studniówce, kiedy w sieci zostaje udostępniony wstydliwy filmik. Główny bohater rozwiązania swoich problemów szuka w Internecie.

Nie jest to horror, jednak sceneria filmu całkowicie oddaje klimat tego typu filmów. Jednocześnie mamy też tragedię i dużo, dużo strachu. Jan Komasa nie boi się wątków trudnych, jednocześnie nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Podobało mi się, że pokazał życie takim jakim jest, uwzględniając większość jego zawiłości.

Bałem się trochę mieszanki polskich twórców z technologią cyfrową. Miałem wrażenie, że wyczują w tym kasę i rzucą się na nowości zapominając o sensie. Tak się jednak nie stało. Efekty komputerowe nie są nadużywane i znakomicie wkomponowują się w krajobraz filmu. Niektóre scenerie są kolorowe i bajeczne, a jednak nie kiczowate. Widać, że długo nad nimi pracowano, ale, co najważniejsze, z pomysłem.

Sama postać Dominika jest tak samo dobrze napisana, jak i zagrana. Wszyscy zachwycają się kreacją Jakuba Gierszała, a ja wystawiłbym mu po prostu porządną czwórkę. I plus za odważne sceny, do których potrzebne było sporo dystansu i odwagi. Niestety z innych postaci tylko motający się w rozpaczy rodzice są dobrze oddani. Szkoda, bo wykreowano wiele indywidualności, które pozostawiono ot tak. Miotali się po ekranie bez większego sensu. Najbardziej rozczarowuje Sylwia, która jako mentorka rzuca stekiem banałów dla nastolatek. Dosyć mało prawdopodobne, że Dominik (pochodzący z inteligenckiej rodziny) dał się na to nabrać.

Cieszę się, że ruszyła ofensywa dobrych polskich produkcji. Ostatnio rozradowały mnie „Skrzydlate świnie”, teraz „Sala samobójców”, a dobre recenzje zbiera też „Czarny czwartek”. Okazuje się, że dobry film wcale nie musi być naszpikowany Karolakami i Adamiakami.

Mam jednak podobne wrażenie, co inni recenzenci. Film wszedł do naszych kin trochę za późno. Dwa, trzy lata temu byłby naprawdę szokiem. Choć i teraz na pewno zapisze się trwale w historii polskiego kina, gdyż to obraz jakiego jeszcze nie mieliśmy. Zachęcam do oglądania!


Gatunek:
Thriller/Dramat
Reżyseria: Darren Aronofsky;
Scenariusz: Mark Heyman,John McLaughlin, Andres Heinz
Rok produkcji: 2010;
Produkcja: USA


Są takie filmy, po których ciężko coś powiedzieć. Na Czarnym łabędziu byłem już kilka tygodni temu, a ubrać moje wrażenia w słowa zdołałem dopiero teraz.

Nina jest utalentowaną baletnicą, która walczy o rolę życia – królową łabędzi w nowym podejściu do słynnego baletu Czajkowskiego. Na przeszkodzie stanie jej Lilly, u której reżyser dostrzega swobodę i lekkość. O ile Nina wydaje się być stworzona do roli białego łabędzia, to w odsłonie czarnej brakuje jej wyrazu. Reżyser -Thomas próbuje wyzwolić młodą baletnicę. Jednak małe grzeszki doprowadzą do reakcji łańcuchowej…

Nie sposób mówić o tym filmie, nie ujawniając czego się od niego oczekiwało. A miałam nadzieję na znakomite kino. Darren Aronofsky jest ostatnio w formie. Zachwycił Zapaśnikiem, wszyscy mają w pamięci obrazoburcze Requiem dla snu. Bałem się, że właśnie przez te ciche nadzieje, zepsuję sobie seans. Nic z tych rzeczy! Aronofsky wyczarował świat, w którym nie ma miejsca na rozczarowania.

Oczywiście wszyscy wiedzą już, że Natalie Portman zachwyciła, za co została uhonorowana Oskarem. Należał jej się w stu procentach, gdyż w roli Niny sprawdziła się znakomicie. Jednocześnie, kreacja ta była bardzo wymagająca i wymagała niezwykłego wysiłku fizycznego. Na nagrody zasłużyła również pozostała cześć obsady. Trudno znaleźć kogoś, kto odstawałby warsztatowo od reszty. Choć panów i tak zainteresuje najbardziej Mila Kunis, która jednak pokazała, że i grać umie.

Niesamowity klimat, jaki stworzył twórca filmu pozostanie w pamięci na długo. Już za samą scenę wstępu powinno się go uhonorować laurami. Choreografia tańca i praca kamery zazębiają się, tworząc perfekcyjną całość. To właśnie zdjęcia są jednym z największych atutów. Ciekawym zabiegiem są naturalne ruchy kamery, podążającej za główną bohaterką (wykorzystywany już w Zapaśniku). Twórcom efektów specjalnych brawa należą się za finałową metamorfozę – poprowadzona świetnie, a jednocześnie niezwykle widowiskowa.

Historia nie jest skomplikowana, lecz liczne wątki poboczne i możliwość obserwacji zmian w psychice Niny będą gratką dla każdego fana kina. A dziewczyna nie miała łatwo. Jest zagubiona między dążeniem do ideału, a smakiem życia, który skrzętnie ukrywała przed nią apodyktyczna matka. Film może stać się przestrogą dla naszego konsumenckiego społeczeństwa i żądnych kariery yuppie.

Czarny łabędź
to jeden z najlepszych filmów, jakie miałem ostatnio okazję oglądać. Już podczas napisów końcowych wiedziałem, że mogę dodać go do panteonu moich ulubionych. Polecam wszystkim!


Gatunek:
Horror
Reżyseria: Joe Dante, George Miller, Steven Spliberg, John Landis ;
Scenariusz:  Richard Matheson, Melissa Mathison, Rod Serling, George Clayton, Johnson, Jerome Bixby, John Landis
Rok produkcji: 1983;
Produkcja: USA


Cztery historie opowiedziane przez czterech znakomitych reżyserów. Wszystko na podstawie przebojowego serialu z lat sześćdziesiątych, od Roda Serlinga. Czy chcecie przenieść się w krainę ukrytych lęków? I wreszcie, „czy chcecie zobaczyć coś naprawdę przerażającego?”

Jak już wspomniałem na film składają się cztery przygody. To zupełnie inne historie, więc słowo „The Movie” przy angielskim tytule wydaje się być nieodpowiednie. Zaczynamy niemrawo i dość nudno. Moralizatorska historia o ocenie ludzi zawiera motywy fantastyczne, ale na pewno one nie straszą. Ni to grzeje ni to ziębi, a niektórych może zniechęcić do dalszego seansu.

Drugi „odcinek” to dzieło Steven Spielberga. Historia jest całkiem interesująca, ale zupełnie nie pasuje do mrocznej koncepcji filmu. Powiedzcie sami: staruszek trafia do domu starców i pomaga pensjonariuszom spełnić marzenia o byciu młodym. I kolejny morał mówiący, że młodym jest się duchem, a nie ciałem. Czy wychwyciliście w tym coś strasznego? Miałem przeczucie, że staruszkowie będą musieli zapłacić jakąś „niemiłą” cenę za wrócone dzieciństwo, a tu koniec. Marnotrawstwo dobrego pomysłu wyjściowego.

Następnie piękna Kathleen Quinlan, jako Helen Folley, zabiera nas do leżącego na odludziu domu małego chłopca. Okazuje się, że malec ma dar zmiany rzeczywistości. Terroryzuje tym samym swoją rodzinę i stara się w to wszystko wciągnąć Helen. Dziewczynka bez ust, krwiożerczy królik i masa innych okropności. Dopiero tutaj mamy wrażenie, że trafiliśmy do właściwego przedziału mrocznego pociągu. Tutaj zaczyna się prawdziwa strefa mroku!

Ostatnia część to remake „Nightmare at 20 000 feet”. Ci, którzy oglądali oryginał mówią, że bije go na głowę. Niejaki Valentine – naukowiec – panicznie boi się lotów samolotem. Obsługa, co chwila musi go dopytywać, czy wszystko z nim w porządku. Na dodatek na skrzydle samolotu pojawia się przerażający stwór – zwiastun zagłady. Valentine chce uratować pasażerów i załogę, ale czy ktoś mu uwierzy? Kolejny świetnie zrealizowany epizod. Materiału starczyłoby na pełnometrażowy film, ale twórcy odpowiednio go skroili. Naprawdę może przerazić.

Podsumowując, filmowa „Strefa mroku” pokładane w niej nadzieje spełniła połowicznie. Zaczyna się niemrawo, ale za to kończy z hukiem. Wszystkim chcącym powrócić do korzeni polecam!
Do you want to see something really scary?


  • RSS