Gatunek:
Slasher
Reżyseria: John Carpenter;
Rob Zombie ;
Scenariusz: Jacob Forman, Debra Hill; Rob Zombie ;
Obsada: Jamie Lee Curtis, Tony Moran; Tyler Mane, Scout Taylor-Compton
Rok produkcji: 1978; 2007;
Produkcja: USA

Halloween nie trzeba nikomu przedstawiać. To film, który na trwałe zapadł w pamięci wszystkim miłośnikom slasherów i ogólnie pojętego kina grozy. Przypomnieć młodszym widzom, tę ponurą historię postanowił Rob Zombie, twórca świetnych Bękartów diabła i Domu tysiąca trupów. Przyszło mu się zatem zmierzyć z jedną z największych legend sceny grozy. Można było porównać te dzieła na gorąco, w kinie w 2007 roku. Korzystając z Halloween postanowiłem odświeżyć nieco swoje wrażenia.

A zacząć pasowałoby tak: Rob Zombie od razu skazany był na niepowodzenie. John Carpenter świetnie wyczuł widza (nie tylko ówczesnego, film straszy do dziś). Sceny zaprojektowane są niezwykle przemyślanie i naprawdę trzymają w napięciu. Zombie chyba także chciał coś uszczknąć z jego warsztatu, bo początek zapowiada się naprawdę obiecująco. Nie tylko pod względem efekciarskim, ale także dzięki scenariuszowi. Dla nieuświadomionych przypominam historię.

Mały chłopiec, Michael Myers w brutalny sposób morduje swoją siostrę. Trafia do zakładu dla umysłowo chorych, gdzie spędza wiele lat. Pewnego dnia ucieka stamtąd mając w pamięci wydarzenia z przeszłości. Chce dopaść swoją ostatnią ofiarę – Laurie.

Początki filmów są różne, ale oba dotykają dzieciństwa chłopca. U Carpentera zaczyna się od „trzęsienia ziemi” – mamy przejmującą scenę (kamera w narracji pierwszoosobowej) zabójstwa młodej dziewczyny. Szokiem dla widza jest, gdy odkrywa, że wyrafinowanym mordercą był sześcioletni chłopiec. Zombie wprowadza nas w historię Myersa stopniowo i chwała mu za to. Naprawdę fajne, świeże spojrzenie. Pierwsze kilka minut oglądało się z prawdziwym przejęciem, obserwując zmiany w psychice chłopca. Potem dochodzi do wspomnianego morderstwa i BUM! Podczas, gdy u Carpentera film dopiero się zaczyna, można powiedzieć, że u Zombiego się skończył.

W starszej wersji historii nieletniego zabójcy możemy dostrzec dbałość o utrzymanie napięcia i staranną konstrukcję. Rob Zombie układa swój film bardzo chaotycznie, co może nużyć. Ponadto nie stara się stworzyć onirycznego klimatu paniki, tylko od razu wrzuca widza do worka pełnego krwi i wnętrzności. Jednak to, co zgrywało się w Bękartach diabła, nie daje rady w Halloween.

Innym problemem nowej wersji filmu jest dobór aktorów. Carpenter pracował na znacznie lepszym materiale, co widać szczególnie po roli Jamie Lee Curtis. Aktorka na swój tytuł „królowej krzyku” zasłużyła także tą rolą. Ciekawa może być także analiza dwóch wcieleń Dr Loomiesa: Donalda Pleasenca i Malcolma McDowella. Inny był aktor, ale inna też specyfika roli. O ile ten pierwszy pojawiał się rzadko, to drugi miał wiele do powiedzenia. A lepiej znów wypadło dzieło Carpentera. McDowell rzuca pustymi frazesami i zachowuje się jak opętaniec, choć to i tak jedna z jego najlepszych ról od dawien dawna.

Nie można pominąć także zjawiskowej ścieżki dźwiękowej Carpentera, która już na stałe wpisała się w historię muzyki filmowej. U Roba Zombiego, który też jest muzykiem, o ten element zadbał Tyler Bates i mimo braku spektakularnego sukcesu udało mu się wyjść z twarzą.

Podsumowując, Halloween z 2007 roku uważam za niepotrzebne odgrzebywanie dobrego materiału. Miało być pięknie, a wyszło, jak zwykle – po hollywoodzku (czyt. po najmniejszej linii oporu). W pamięci pozostanie mi tylko pierwsza część oryginalnej serii. Bo sequele to już odrębna historia