Gatunek:
Animacja
Reżyseria: Tim Burton, ;
Scenariusz: John August , Pamela Pettler, Caroline Thompson;
Rok produkcji: 2005;
Produkcja: USA, Wielka Brytania


Tim Burton, od czasu Edwarda Nożycorękiego, należy do moich ulubionych reżyserów. Pomijam naturalnie Batmany, których nie znoszę. Corpse Bride natomiast potwierdza jego znakomitą formę. Reżyser znakomicie umie bawić się schematami, składając z nich rzeczy niebanalne i naprawdę interesujące.

Fabuła w zasadzie jest prosta. Opiera się na starej wiktoriańskiej legendzie. Pewien młodzieniec o imieniu Viktor ma wkrótce pojąc za żonę Victorię. Mimo, że pierwszy raz narzeczeni spotykają się w przededniu ślubu, dogadują się znakomicie. Co z tego, gdy nasz bohater (gapa!) nie umie nauczyć się prostej regułki przyrzeczenia. Pastor Galswells, oburzony lekceważącym zachowaniem chłopca, odwołuje ślub do czasu odpowiedniego przygotowania. Victor udaje się do lasu, gdzie ćwiczy regułkę. Nakłada przy tym pierścień na spróchniały patyk. Co za ironia losu! Okazuje się, że patyk, to tak naprawdę palec rozkładającego się ciała zmarłej dziewczyny. Teraz, nasz bohater, będzie zmuszony wywiązać się ze składanych ślubów.

Po przeczytaniu powyższego akapitu, zaznajomieni z twórczością Burtona, pomyślą sobie, że to dla niego typowe. Owszem,  Amerykanin znakomicie wykorzystuje swoje oryginalne pomysły. Nikt, jak on nie potrafi łączyć klimatu grozy ze świetnym poczuciem humoru. Przy okazji, bardzo przypodobał sobie Johnny’ego Deppa i Helenę Carter, którzy tym razem dubbingują animację. Równie bliski reżyserowi jest Danny Elfman, który po raz kolejny stworzył genialną muzykę do jego filmu.

Burton, po raz kolejny, tworzy fantastyczny świat, w którym, tym razem, ożywia trupy. Wszystko jest pełne uroku i wdzięku. Co więcej całość została wykonana ręcznie, techniką poklatkową. Może niektórym nie chce się wierzyć, ale animacja polegała na przesuwaniu kolejnych figurek. Film kręcono 55 tygodni i wykonano przy tym 109 000 440 zdjęć. Naprawdę robi wrażenie!

Niezwykłe są także piosenki. Każda w innej konwencji, zaś ich kulminacją jest historia panny młodej, opowiedziana przez szkielety. Prawdziwy majstersztyk. Zresztą każda historia śpiewana może się podobać. Będąc dzieckiem oglądałem wiele takich kompozycji (zwłaszcza Disneyowskich). Po jakimś czasie zaczynają nużyć, co nie?. Po Gnijącej Pannie Młodej nie doznamy takiego wrażenia. Trzeba przyznać: kawał dobrej roboty.

Magia bijąca z ekranu przekona każdego do zaufania Burtonowi. Gnijąca Panna Młoda jest widowiskiem niezwykłym. Sprawnie wykonana animacja i fantastyczne piosenki sprawiają, że pozostaje w pamięci na długo. A warto pamiętać, bo w naszym horrorowym światku nie mamy takich pozycji zbyt wiele.